Historia Anety bardzo mnie poruszyła, bardziej niż inne. Dlatego bez wstępów oddaję jej głos. Przeczytaj, w jak trudnym momencie życia Aneta zebrała się na odwagę, żeby iść „na swoje”:

Nazywam się Aneta Wojtczak, skończyłam Zarządzanie na specjalizacji: Zarządzanie zasobami i marketingiem przedsiębiorstw na Politechnice Poznańskiej. Bodajże na drugim roku studiów, na jednych zajęciach usłyszałam mądre zdanie. Wykładowca, a właściwie wykładowczyni powiedziała, że te studia mają nam pomóc w tym, żebyśmy to my zarządzali ludźmi i własnymi biznesami, a nie, żeby ktoś zarządzał nami. Te słowa towarzyszyły mi do samego końca studiów i przez pierwsze lata pracy.

 

Zanim poszłam na etat, będąc jeszcze studentką, zajmowałam się pisaniem. Były to rozmaite teksty za kwoty, które w tej chwili są dla mnie abstrakcją i zastanawiam się, jak ludzie mogą proponować takie stawki. Aby zarobić przyzwoite pieniądze, musiałam pisać kilkadziesiąt tysięcy znaków, po kilka godzin dziennie. Nie wiedząc wówczas, że na pisaniu można zarobić znacznie więcej, pracowałam tak przez kilkanaście ładnych miesięcy. Nie da się ukryć, że utrzymanie się w wielkim mieście, nawet jeśli mieszka się w tanim pokoju, nie jest łatwe, jednak po kilkunastu miesiącach byłam tak zmęczona pracą na etacie i pisaniem, że zaprzestałam tego drugiego. Do czasu.

 

Ciągnęło mnie do tworzenia, dlatego po około pół roku przerwy ponownie zaczęłam pisać, tym razem za minimalnie większe stawki. Codziennie szukałam miejsc, w których mogłabym pisać za przyzwoite pieniądze, aż w końcu trafiłam na firmę, która zaproponowała mi dość dobre stawki za tworzenie tekstów pod SEO. To wtedy zaczęłam myśleć na poważnie o zostaniu freelancerem i rozpoczęciu przygody na własny rachunek. Dodam tylko, że cały czas miałam z tyłu głowy słowa, które usłyszałam na początku studiów.

 

W międzyczasie zmieniłam 2x pracę, poznałam mojego obecnego męża, zamieszkaliśmy razem i po pięciu latach docierania się postanowiliśmy wziąć ślub. Do szczęścia brakowało nam jedynie maluszka, który rozświetlałby swoim uśmiechem każdy nasz dzień. W oczekiwaniu na niego coraz usilniej myślałam o przejściu „na swoje”. Pomimo tego, że w obecnej pracy miałam zgraną ekipę, w której każdy człowiek był jak członek rodziny, ta myśl nie opuszczała mnie ani przez chwilę. Jedno co mnie powstrzymywało to oczywiście bezpieczne pieniądze, które co miesiąc wpływały z pracy na etacie. I tak na rozmyślaniu minęły prawie 3 lata.

 

W międzyczasie faktycznie kupiłam Twoją książkę: „Zostań freelancerem„, przeczytałam ją od deski do deski kilka razy, zapoznając się również z historiami tych, którym się udało. Co ciekawe, wiele z Twoich porad wcześniej wcieliłam w życie, co jeszcze bardziej uświadczyło mnie w przekonaniu, że powinnam spróbować.

 

W końcu z mężem doczekaliśmy się tego, czego oboje najbardziej pragnęliśmy — na świat miało przyjść nasze pierwsze dziecko. Wtedy obiecałam sobie, że zwolnię tempo, że sprawdzę, czy dam radę przy maluszku iść na swoje… Nie zdążyłam sprawdzić. Piotruś urodził się w 24 tygodniu ciąży, walczył o życie 3 dni, przegrał. To, co się stało było ciosem w samo serce. Nie potrafiłam wrócić do pracy, tym bardziej że pracowałam w szkole z dziećmi. Fakt, byłam jedynie koordynatorem, jednak miałam styczność z maluszkami, a urlop macierzyński w tym wypadku wynosił jedynie 8 tygodni. Był to zbyt krótki czas, żeby się pozbierać.

 

Jak można się spodziewać, temat własnego biznesu powrócił do mnie jak bumerang, musiałam podjąć jakąś decyzję. I podjęłam. Dwa tygodnie przed zakończeniem urlopu siedziałam na kanapie, bez sensu wgapiając się w telewizor. Nagle mnie olśniło. To był impuls. Nie wiem, czy to mój Mały Aniołek mnie natchnął, czy po prostu tak bardzo nie byłam gotowa, żeby wrócić na etat. Wierzcie albo nie, ale ja wiem, że ta Mała Kruszynka naprawdę nad nami czuwa.

 

Wracając jednak do własnej działalności — powiedziałam mężowi, że chcę spróbować. Myślałam, że będzie negował mój pomysł, a on tylko uśmiechnął się i powiedział, żebym to zrobiła. I tak 7 grudnia 2018 roku założyłam własny biznes, w którym zajmuję się pisaniem i byciem jednocześnie wirtualną asystentką. Myślałam, że początki będą trudne, bo pracuję na razie tylko dla dwóch firm, ale szczerze powiem — idzie mi całkiem nieźle. Zleceń jest całkiem sporo, więc i na zarobki nie mogę narzekać. Poza tym pracuję w domu, gdzie obecnie jest mi najlepiej, a praca nie pozwala myśleć, więc im więcej klientów, tym dla mnie lepiej. Tym bardziej że chodzi mi po głowie rozwój biznesu i zatrudnienie pracowników, co oznacza, że dwóch klientów z pewnością nie wystarczy.

Anetę można znaleźć tutaj: https://www.linkedin.com/in/aneta-wojtczak-164b1875/