To, co tu napiszę, może się wielu wydać bluźnierstwem. A na pewno będzie to opinia niepopularna. Ale – cóż – to wnioski z moich doświadczeń z 4 lat prowadzenia sklepu, a nie wiedza wyczytana z książek.

Błąd początkującego

Zakładasz sklep internetowy. Masz już pomysł na nazwę, masz towar, czytasz kilku guru marketingu albo przeczytałeś kilka książek i wiesz, co jest ważne na początku. Wszyscy o tym mówią: ważna jest marka. Ważne jest, żeby zaistnieć w świadomości konsumentów. Ważne jest, żeby potencjalny klient, kiedy będzie chciał kupić produkt z Twojej branży, od razu pomyślał o Tobie.

To wszystko prawda, ale wiesz co? To nie jest ważne na początku dla małego sklepu internetowego.

Już mówię, dlaczego.

W małym sklepie – a mówiąc „mały”, mam na myśli sklep otwierany jako jednoosobowa działalność, przez jedną osobę – taki, jak mój sklep z akcesoriami do drinków) – no więc w małym sklepie wszystkiego jest mało. Mało pieniędzy na towar – a w związku z tym mały wybór produktów w sklepie. Mało pieniędzy na usługi zewnętrzne, a więc wiele rzeczy robi się samodzielnie (i słusznie, bo można się sporo nauczyć). Mało czasu, więc nie na wszystko go wystarcza.

Ale przede wszystkim na początku jest mało wejść na stronę, a co za tym idzie, mało klientów.

Przeciętny współczynnik konwersji w sklepach internetowych (jeśli nie wiesz, co to jest współczynnik konwersji, obejrzyj mój film na ten temat) wynosi 2-3%. To znaczy, że musisz sprowadzić 100 osób na stronę, żeby wpadły Ci 3 zamówienia. Jeśli na każdym zamówieniu masz powiedzmy 20 złotych zysku, musisz sprowadzić 100 osób, żeby osiągnąć 60 złotych zysku.

Matematyka jest nieubłagana – żeby dużo zarobić, trzeba znaleźć sposób na przyprowadzenie wielu klientów do sklepu.

A co ma do tego budowanie marki?

No właśnie niestety ma całkiem sporo. Zakładając sklep internetowy wyobrażamy sobie siebie, jak budujemy swoją markę (ja też tak robię, za każdym razem jak otwieram nowy projekt ;)). Wyobrażamy sobie, jak wygląda nasz sklep, logo, kolory, co piszemy na fanpage’u, jakie zdjęcia wrzucamy na Instagram, jak „mówimy” do swoich odbiorców.

I zaczynamy to robić, widzimy, że ludziom to się podoba, lajkują nasze posty, chwalą ładne zdjęcia.

I tracimy z oczu to, co jest najważniejsze: docieranie do coraz to nowych osób, które zechcą wejść na naszą stronę i coś kupić. W jaki sposób mogłoby nam pomóc na takim początkowym etapie budowanie marki? Jeśli mamy produkty, które kupuje się wielokrotnie, to jeszcze widzę w tym jakiś sens: ktoś polubi nas jako markę, kupi raz (np. ręcznie robione mydło), a potem będzie do nas wracał i kupował po raz kolejny (inne mydło, mydło w prezencie, znowu to samo mydło, bo pierwsze mu się już skończyło). Być może ktoś zauważy u niego ten produkt, zapyta „skąd masz to mydło”, a on zacznie chwalić nas, naszą markę, bo nas lubi.

Ale jeśli masz w swoim sklepie takie produkty, które kupuje się raczej raz, niż kilka, to znacznie lepiej zrobisz, jeśli czas i energię poświęcisz nie na budowanie marki, ale na pozyskanie klientów. Najprościej zacząć od reklamy. Włóż w reklamę tyle pieniędzy, ile możesz. Próbuj Google Ads, próbuj Facebook Ads, reklamuj się na instagramie, dodaj się do Ceneo i innych porównywarek, wydrukuj ulotki, spróbuj afiliacji – nie wiem, co sprzedajesz, ale próbuj wszystkiego, co może sprawić, że klient trafi na Twoją stronę. Że z 30 odwiedzin dziennie w Twoim sklepie zrobi się 100, potem 200, 500.

Błąd początkujących polega na tym, że skupiają swoje wysiłki na budowaniu marki, a nie na zwiększaniu zasięgu. Mówią cały czas do tej samej wąskiej grupy ludzi, która już coś u nich kupiła, a która nie kupi przecież drugi czy piąty raz, bo nie potrzebuje aż tylu zestawów barmańskich czy nowych foteli.

I gdy tak skupiasz się na budowaniu marki, widzisz efekty w postaci lajków, ale nie widzisz zamówień, mija kolejny miesiąc od startu sklepu i dochodzisz do wniosku, że Twój pomysł na biznes był kiepski. Bo przecież tyle wysiłku i mało zamówień. A mało zamówień to mało przychodu, więc w końcu poddajesz się i zamykasz sklep.

Wierz mi, wiem, co mówię. W moim sklepie przekroczyliśmy już milion przychodu od startu (a od stycznia tego roku sprzedaliśmy akcesoria za ponad 300 tysięcy złotych), a dalej nie mamy nawet logo 🙂 Nie mamy też porządnej nazwy, tylko subdomenę, którą można było za darmo założyć do domeny bloga. Klienci nie znają naszej marki, nie umieją wymówić nazwy sklepu, przekręcają ją, ale kupują – a o to przecież chodzi w sklepie internetowym. Spora część z nich trafia do sklepu z reklam, porównywarek, afiliacji lub Allegro.

Jeśli chcesz wiedzieć więcej o prowadzeniu sklepu od kuchni, w lipcu będzie miał premierę mój e-book, który jest studium przypadku prowadzenia sklepu internetowego. Zapisz się na listę, żeby dostać powiadomienie o starcie sprzedaży.