W 2015 roku na własny koszt wydałam książkę z przepisami „Proste drinki„. Z drżącym sercem wydrukowałam 500 sztuk, nie mając pewności, czy uda nam się sprzedać ich aż tyle. Po prawie 5 latach książka sprzedaje się nadal i lada dzień będziemy mieć przekroczone 10 tysięcy sprzedanych egzemplarzy „Prostych drinków”. Co zmieniło w moim biznesie wydanie własnej książki? Zmieniło dużo. Jeśli nie wszystko.

Zanim przejdę do konkretów – do 27 lutego można jeszcze kupić mój kurs online „Własny produkt w 7 krokach”. To 25 lekcji, w których prowadzę Cię za rękę od pomysłu na produkt, poprzez jego promocję jeszcze przed premierą, aż do sprzedaży gotowego produktu. Tylko do 27 lutego można kupić kurs, potem zniknie on na stałe z oferty mojego sklepu. Szczegóły, spis treści kursu i podgląd widoku platformy, na której jest kurs, znajdują się tutaj.

 

1. Książka jest jak mieszkanie na wynajem

Wyobraź sobie, że dostajesz w spadku mieszkanie. Nie musisz w nim mieszkasz, bo masz inne, wygodniejsze, w dogodnej lokalizacji, no i przyzwyczaiłeś się do niego.

Decydujesz, żeby go nie sprzedawać, tylko wynajmować. Znajdujesz najemców i co miesiąc do Twojej kieszeni na czysto wpada powiedzmy 1000 złotych.

Co by zmienił w Twoim życiu i podejściu do zarabiania pieniędzy taki dodatkowy, regularny dochód? Mógłbyś pozwolić sobie na pracowanie mniej godzin tygodniowo i więcej odpoczynku i czasu z rodziną? A może miałbyś większą skłonność do ustalania wyższych stawek za swoje usługi, bo już nie zależałoby Ci tak bardzo na każdym zleceniu? Nowe zlecenia nie byłyby kwestią przeżycia. Może mógłbyś zrezygnować z tego klienta, który bardzo Cię wkurza albo z tej części pracy, której bardzo nie lubisz? A może nie rezygnowałbyś z niczego, tylko odkładał tego tysiaka na konto oszczędnościowe i budował poduszkę finansową?

Książka „Proste drinki” stała się dla mnie takim właśnie mieszkaniem na wynajem. Tyle że z większym miesięcznym dochodem. Dzięki niej znacznie łatwiej było mi budować poduszkę finansową i znacznie łatwiej odrzucać zlecenia, które mnie nie bardzo interesowały, ale dawniej przyjęłabym je, żeby zarobić. Teraz nie musiałam, bo co miesiąc sprzedawały się kolejne książki i co miesiąc ten dodatkowy dochód się pojawiał.

 

2. Od książki zaczął się sklep dla domowego barmana

Dzisiaj w sklepie mamy ponad 260 produktów, ale zaczęło się od jednego – właśnie od książki. Skoro już musiałam ją sama sprzedawać i postawiłam w tym celu własny sklep internetowy, to szaleństwem byłoby nie skorzystać z tej okazji i nie zacząć sprzedawać czegoś jeszcze. Bez żadnej wiedzy o tym, jak prowadzi się sklep, na ślepo, zamówiłam 20 czy 30 shakerów, dodałam do oferty sklepu słomki, potem miarki i kilka innych drobiazgów. Sklep zaczął funkcjonować.

Po kilku latach to właśnie sklep jest naszym głównym biznesem. W sklepie mamy najwięcej klientów (przeciętnie 600 zamówień miesięcznie), stąd mamy największe przychody. A wszystko zaczęło się od „Prostych drinków”!

 

3. Pierwsza książka pokazała mi, że tworzenie własnego produktu nie jest takie trudne

Za pierwszym razem wszystko jest trudne, ale gdy już miałam w ręku pierwsze egzemplarze „Prostych drinków„, gdy już wiedziałam, że produkt podoba się klientom, a emocje związane z początkowym okresem sprzedaży opadły, pomyślałam: hej, udało się! Tworzenie własnego produktu nie jest takie trudne, więc co robimy dalej?

Dalej była książka „Zostań freelancerem”, kurs online „Zacznij zarabiać na pisaniu” i kolejne produkty. Dzięki nim mój domowy biznes nie był już taki sam, jak wcześniej.

 

4. Freelance zmienił się w skalowalny biznes

Pierwsza książka dała mi swobodę decydowania i odrzucania niektórych zleceń, a po wypuszczeniu na rynek kilku kolejnych produktów zaczęłam czuć, że zlecenia są właściwie tylko dodatkiem. Że to już nie jest tak, że utrzymuję się ze zleceń. Utrzymuję się z produktów, które sprzedaję. Stopniowo przestałam przyjmować nowych klientów, bo i czasu na realizowanie zleceń zaczęło być coraz mniej.

Jednocześnie widziałam, że to jest to, o co mi chodziło. Przestałam zarabiać tylko wtedy, kiedy pracowałam. A to doskwierało mi na początku pracy freelancera, bo nie miałam przecież płatnego urlopu. Żeby wyjechać na wakacje musiałam nie tylko nadrobić zlecenia na zapas, ale też odłożyć pieniądze. Dzięki własnej książce i kolejnym produktom, mogłam zarabiać także na urlopie.

I wreszcie miałam biznes, który się skaluje, w którym nie ma sufitu, związanego z liczbą przepracowanych godzin. Własne produkty zaczęły generować przychody nawet 20-30 tysięcy złotych w ciągu jednego miesiąca, a sam sklep jeszcze większe. Wiem, że nigdy nie mogłabym zarobić tyle, jeśli byłabym tylko freelancerką i sprzedawała jedynie usługi.

Dlatego kiedy mówię, że wydanie własnej książki zmieniło w moim biznesie wszystko, nie ma w tym przesady. Chociaż w 2015 roku, gdy oddawaliśmy do druku „Proste drinki” nie planowałam tych zmian i nie miałam pojęcia, że aż tyle może się dzięki tej książce wydarzyć.