Jak zacząć zarabiać jako copywriter? Jak od copywritera, który zarabia grosze za tekst dojść do momentu, w którym z copywritingu można się utrzymać? W jaki sposób copywriter rozlicza się z klientami? Na te i wiele innych pytań odpowiada Paweł Cisek.

Posłuchaj tego odcinka:

Zobacz na Youtubie:

Przeczytaj wersję tekstową

Dzień dobry, tutaj Agnieszka Skupieńska i kolejny odcinek podcastu „To się opłaca!”. Dzisiaj znowu kulisy pracy, tym razem zagłębimy się w temat copywritingu. Myślę, że jest to temat dobrze znany słuchaczom podcastu. Moim gościem dzisiaj będzie ktoś, kto pracuje trochę inaczej niż ja pracowałam. Paweł Cisek jest copywriterem i zaczynał od najmniej płatnych tekstów, tak jak wielu copywriterów zaczynało od pisania tekstów na fora czy „precli” za parę złotych. Paweł doszedł do momentu, w którym za tekst bierze kilkaset złotych. Jak to zrobił i jakie ma rady dla osób, które dopiero zaczynają? Jeżeli chcesz się tego dowiedzieć, to posłuchaj naszej rozmowy do samego końca.

Agnieszka: Cześć, Pawle! Przedstaw się proszę i powiedz, czym i od jak dawna się zajmujesz?

Paweł Cisek: Cześć, nazywam się Paweł Cisek i jestem właścicielem (jeszcze) małej agencji PoCiśnij. I co tu dużo mówić – cisnę sprzedaż skuteczną treścią. Jestem copywriterem, obecnie pomagam głównie firmom w zwiększaniu ich sprzedaży za pomocą tekstu. Piszę teksty ofertowe na strony www, teksty na bloga… wszystko to, co ma prowadzić do konkretnego celu: czy to do kliknięcia w link, czy do zamówienia produktu. To tak w skrócie.

A: Jak to się stało, że zająłeś się copywritingiem?

P: To jest długa historia, ale tak w skrócie… W wieku bodajże 16 albo 17 lat zachciałem mieć własne pieniądze. Nie chciałem prosić rodziców o każdą złotówkę na swoje potrzeby, więc szukałem jakiegoś sposobu, żeby zarabiać. Tak też trafiłem na Allegro. Ktoś wystawiał tam usługi typu pisanie postów na forach internetowych – których zakładanie było wtedy bardzo popularne. Po założeniu forum, nie było na nim żadnych użytkowników, więc szukano kogoś, kto by mógł niby za tych dziesięciu użytkowników pisał te posty. Trzeba było więc założyć osobne konta o innych nickach i generować jakieś tematy. I to był taki początek. Potem była szkoła… W międzyczasie pisałem tzw. „precle”, „zapleczówki” – to były krótkie teksty na 1000 znaków. W tamtych czasach było to tanie, kosztowało bodajże 2 czy 3 złote.

A: To chyba nadal jest tanie 🙂

P: Moim zdaniem to jest jeszcze tańsze, niż było wtedy, bo pamiętam, że wtedy jak na mój wiek to całkiem nieźle można było na tym wyjść. Nie pracowałem nad tym jakoś strasznie dużo, wystarczyło pisaniu poświęcić 2 czy 3 godziny dziennie. Nawet specjalnie wcześniej wstawałem przed szkołą i pisałem. Było to dobre zajęcie jak na dodatkową pracę. Ale z racji tego, że były to małe zyski, to nie traktowałem tego w kategorii zajęcia, którym mógłbym się zajmować w przyszłości. Bardziej chciałem iść w kierunku programowania ponieważ od zawsze interesowałem się informatyką. Później poszedłem do technikum budowlanego, co było kolejną rozbieżnością w moich zainteresowaniach. Po szkole znów próbowałam działać w copywritingu, myślałem, że będzie to bardziej na poważnie, ale wtedy nie miałem bladego pojęcia o pozyskiwaniu klientów i o tym jak to wszystko działa, więc dalej pisałem najtańsze teksty… widziałem jednak, że nie da rady tego tak ciągnąć i nie ma opcji, żeby się z tego utrzymać. No więc zacząłem pracę na budowie jako pomocnik, podźwigałem trochę pustaków i wtedy wiedziałem, że już na pewno nie chcę tam wrócić. To wszystko trwało przez około 2 lata. Potem jednak powróciłem do copywritingu i tanich tekstów. Wtedy coraz więcej firm wymagało faktury VAT, więc trzeba było w końcu założyć firmę, co też zrobiłem. Nadal jednak to nie było „to” i nie czułem, że chciałbym to robić dalej. Pomyślałem jednak, że „mam teraz niższy ZUS, no to napiszę  trochę tych tekstów, zrobię to, ale za pół roku nauczę się programować i zacznę robić kursy na ten temat”. Takie więc były moje plany na przyszłość. Teraz się śmieję, jak o tym myślę, bo to było niezwykle naiwne myślenie: nauczyć się programowania w pół roku i od razu uczyć tego kogoś innego. W międzyczasie zgadałem się na konsultacje z Bartkiem Popielem i powiedziałem mu o swoich planach. On mi wtedy powiedział „Paweł, skoro to ci wychodzi, to może lepiej iść w tym właśnie kierunku? Jeśli kiedyś zechcesz hobbystycznie bawić się programowaniem, to się na to przerzucisz”. Wtedy zacząłem głębiej wchodzić w copywriting i dostrzegłem, że można na nim zarobić całkiem niezłe pieniądze. Nie chodziło jednak w tym wszystkim o te pieniądze, tylko o to, że można robić coś więcej niż tylko klepać jak maszyna teksty zapleczowe po 2 czy 3 złote. W końcu zacząłem uczyć się tego na poważnie i iść w tym kierunku. Od tamtej pory rozwijam się konkretnie w copywritingu, programowanie za bardzo mnie nie interesuje, teraz głównie piszę teksty.

A: Czyli to nie było tak, że to był Twój wielki plan na życie i karierę, typu: „skończę szkołę, nauczę się, otworzę swój własny biznes i dopiero wtedy zacznę szukać klientów”, tylko zaczynałeś od najniższego poziomu z tekstami za parę złotych, a potem zacząłeś się w to wszystko wciągać i samo wyszło, że to jest teraz Twój sposób na życie.

P: Można tak powiedzieć. W końcu dostrzegłem, że nie muszę się przepracowywać. Chciałem, żeby moja praca sprawiała mi satysfakcję. W programowaniu podobało mi się to, że ktoś coś stworzy, to coś działa i ma jakąś wartość dla ludzi. A jaką wartość ma dać tekst za złotówkę? Gdzieś będzie istniał wraz z tysiącem innych tekstów, może przyczyni się do drobnego ruchu na stronie i tyle. Teksty na stronę czy teksty ofertowe natomiast już generują jakiś efekt.

A: Powiedziałeś, że pierwszych klientów pozyskiwałeś z Allegro. Jak to wygląda w tej chwili? Skąd trafiają do Ciebie klienci?

P: Dzisiaj istnieje kilka kanałów. Do tej pory głównie współpracowałem z agencjami. Z nimi jednak jest taki problem, że wymagają pracy na miejscu w biurze, co mi też nie pasuje. Nie wiem co nimi kieruje, ale nadal agencje nie są przekonane do zdalnych pracowników. Co więcej, jako podwykonawca w agencji zarabiam mniej, bo wiadomo, że ktoś musi te zlecenia pozyskać. Po pierwsze więc współpracowałem z agencjami. Po drugie, pozyskiwałem dużo klientów z polecenia. Przy współpracy z agencjami jest ich mniej, bo koncentrowałem się na tym, aby mieć stabilne źródło dochodów. Jeżeli jednak już pojawiali się klienci z polecenia, to oni trafiali jeszcze od tych wcześniejszych klientów po niższych stawkach. Więc jeżeli zaproponowałem im cenę za tekst, to dla nich był to szok i rezygnowali ze współpracy. Można negocjować cenę, podnosić swoją wartość w oczach klienta ale do jakiegoś poziomu. Nie da się sprzedać tekstu za 100 zł klientowi, który oczekuje tekstu za 5 zł. Może kiedyś klient to zrozumie – miałem już wielu klientów, którzy po czasie wracali. A więc zdarza się, że odrzucam klientów z polecenia. A przez to, że ich odrzucam, to jest ich coraz mniej. Tak naprawdę dopiero teraz pozyskuję klientów w trochę inny sposób. Coraz więcej korzystam z reklam na Facebooku i z adsów. Tam jest o tyle fajnie, że można sobie wygenerować kontakty, nie mając wyrobionej wielkiej marki. Puściłem więc kilka reklam, dotychczas nie było ich dużo ale klienci podawali swoje imię i nazwisko, numer telefonu, maila i umawialiśmy się na rozmowę telefoniczną. Podczas rozmowy było mi już dużo łatwiej omówić z klientem cały proces i nakłonić go do wyboru mnie, a nie najtańszego copywritera. Trafiają mi się też klienci z fanpage’a… Więc to głównie na takiej zasadzie. W tym momencie, jak już mówiłem, ja sam zaczynam inaczej podchodzić do pozyskiwania klientów. Widziałem, że niektórzy polecają w sieci, szczególnie poczatkującym, żeby napisać parę tekstów i zrobić CV, a następnie wysyłać je do wszystkich agencji i maili, jakie znajdziemy w sieci. Ktoś się w końcu zainteresuje tymi tekstami i da zlecenie. To jest moim zdaniem błąd. Osobiście polecam, aby znaleźć sobie kogoś doświadczonego, kto przejrzy nasze teksty, zwłaszcza jeśli jesteśmy początkujący. Problem jest taki, że nam może wydawać się, że są one dobrze napisane, a w rzeczywistości jest różnie. Pamiętam, że 2 czy 3 lata temu bardzo cieszyłem się z napisania jakiegoś poważniejszego artykułu na bloga. Spędziłem nad nim dużo czas i według mnie był on dopieszczony. Gdy dostałem odpowiedź od klientki i otworzyłem plik Worda z poprawkami to zrobiło mi się smutno.

A: Rozumiem, że było czerwono?

P: Tak, było mocno czerwono, było mnóstwo poprawek. Pytałem sam siebie: „no jak?!”. Najpierw nachodzi człowieka złość, że nasiedzieliśmy się tyle, a on/ona się na pewno nie zna… Dopiero gdy sobie to przemyślałem, to faktycznie – tekst wymagał dopracowania i nie nadawał się do publikacji. Gdyby przeczytał go doświadczony copywriter – a właśnie z takim miałem do czynienia – to był problem. Potem długo spotykałem takich zleceniodawców. Na szczęście miałem również okazję trafić na takie osoby, z którymi później współpracowałem dłużej, ale wtedy brałem mniej za teksty, za to oni oferowali mi pomoc w poprawkach, odsyłali do kursów, książek… dzięki temu moje teksty zaczęły być coraz lepsze. Dlatego też dużo wiedzy wyniosłem ze współpracy agencyjnej. Dzięki temu, jeśli kiedykolwiek będę chciał kogoś zatrudnić, to te teksty będą przechodziły przez jakiś filtr.

A: Jasne! Jeszcze chciałabym na chwilę wrócić do tych agencji, bo mówisz, że takie pukanie na ślepo do wszystkich agencji, jakie się tylko znajdzie to jest absolutnie zły pomysł. Ale chciałabym Cię zapytać o Twoje doświadczenia – jak Ty trafiłeś do agencji, z którymi współpracowałeś. Czy to były rekrutacje, czy polecenia, czy jakieś inne sposoby?

P: Jeśli chodzi o agencje, to trafiałem tam głównie dzięki ogłoszeniom: na grupach facebookowych, to tam zazwyczaj poszukują. Ponadto, ze dwie czy trzy fajniejsze, dłuższe współprace udało mi się „wyrwać” na Gumtree. Potem jednak nie musiałem jakoś specjalnie poszukiwać współpracy. Jak już mówiłem, pracowałem z dwiema czy trzema agencjami, potem natomiast trafiłem do Wojtka Bizuba do WBiznes. W tym przypadku jednak komentowałem jego wpisy, kupiłem jego kurs copywritingu i tak dalej i ostatecznie zaproponował mi współpracę przy pisaniu tekstów. Myślę, że z takich współprac agencyjnych, to właśnie stamtąd wyniosłem najwięcej, ponieważ tam nastawia się najbardziej na efekt dla klienta i to jest fajne, ponieważ mogłem faktycznie brać udział w tych projektach i bardzo mi się to podobało. Mimo że już odchodzę od współprac agencyjnych, tę współpracę będę chyba najmilej wspominał. Jeszcze dwie inne współprace zdobyłem z polecenia. Pisałem do klienta firmowego, który miał znajomą w agencji. Podesłał mi do niej kontakt i od niej też przyszły jakieś zapytania. Głównie jednak były to samodzielne poszukiwania zlecenia. Na początku, parę lat temu, chyba jak każdy, też nie stroniłem od spamu. A więc nie będę mówił, że tego nie robiłem. Niemniej jednak wiem, że to jest złe ponieważ wtedy na jakieś 50 wiadomości  otrzymałem 2 czy 3 odpowiedzi.

A: Chciałabym Cię jeszcze zapytać, czy współprace, które podejmujesz teraz i podejmowałeś w przeszłości, gdy pisałeś proste teksty to były współprace bardziej jednorazowe, czy raczej długofalowe? Rozumiem, że teraz współpracujesz na dłużej z jedną agencją, ale czy zawsze tak było? Pytam pod kątem osób, które chciałyby zacząć pracę w copywritingu – czy nastawić się na to, że klienci przychodzą i odchodzą, czy raczej jak ktoś znajdzie copywritera, to już się go trzyma?

P: Przy tańszych tekstach było zdecydowanie łatwiej o dłuższe współprace. Zazwyczaj w tańszych tekstach chodzi o pozycjonowanie, opisy czy „precle” – jeśli trafimy do agencji, czy osoby, która zajmuje się pozycjonowaniem, te teksty potrzebne są na bieżąco. A więc jeżeli tylko dotrzymujemy terminów, piszemy poprawnie i zgodnie z wyznaczonymi zasadami – to tak, rzeczywiście możemy liczyć na długie współprace. Gdybym chciał w tym siedzieć, to myślę, że do tej pory obsługiwałbym w tym zakresie wiele agencji.

A: Chciałabym jeszcze zapytać Cię o model rozliczenia. Najczęściej, z mojego doświadczenia w copywritingu, jest tak, że płacimy za np. 1000 znaków, czyli za długość tekstu. Czy spotkałeś się z innymi sposobami rozliczeń? Na przykład, konkretnie za jeden tekst bez długości? Czy może sprawdza się u Ciebie jakiś model abonamentowy?

P: O modelach abonamentowych będę mógł wypowiedzieć się dopiero za parę tygodni. Na razie planuję wprowadzić obsługę abonamentową dla blogów, żeby w danej kwocie pisać określoną liczbę wpisów na bloga. Najpopularniejszy model rozliczeń jest faktycznie w oparciu o stawkę za 1000 znaków. Można powiedzieć, że jest to najprostsze do zrozumienia dla klienta – masz tu 1000 znaków za 10 złotych. O ile przy prostszych tekstach ten model się sprawdza i jest ułatwieniem, tak przy tekstach trudniejszych, które mają na celu wygenerować określony efekt to jest już problem. Załóżmy, że mamy teksty na stronę internetową. Zazwyczaj na stronach firmowych nie ma ich dużo – powiedzmy, że wszystko zamknie się tam w 4000 znaków. Jeżeli ja te 4000 znaków wezmę po 20 złotych i wyjdzie mi 80 zł  Ostatnio widziałem na jakiejś grupie ogłoszenie: 30 złotych za 1000 znaków na stronę firmową – całkiem nieźle. Moim zdaniem to nie jest nieźle, bo za 120 złotych  to trzeba się nieźle nasiedzieć, aby strona faktycznie generowała jakiś efekt.

A: Samo badanie, czym zajmuje się firma zajmuje sporo czasu.

P: Tak, dokładnie, A musimy wiedzieć do kogo celujemy. Potem trzeba odnaleźć słabe punkty klientów: co na nich działa, a co nie. Nie chodzi przecież o podanie płaskich korzyści czy napisać „zapychacze” pustego miejsca, tylko o to, by coś to dało.  Wtedy okazuje się, że gdybyśmy godzinowo to podliczyli, to nam wyjdzie może z 10 złotych na godzinę. A trzeba się wysilić, czasem nawet i dość sporo, jeśli trafi nam się trudniejsza branża i to wcale nie jest tak kolorowo. Klientowi jest fajnie, bo zapłaci 120 zł za teksty na stronę firmową. Kto wie – może ktoś zrobi mu to nie akordowo, ale starannie. Ale dla nas, jako wykonawców, to jest masakra… To jest taka pokrętna logika – nie wiem czemu jeszcze wiele osób nie może tego zrozumieć – że skoro my robimy komuś coś, co będzie na niego zarabiało, no to czemu nie podwyższyć tych cen za nasze teksty? To jest już temat-rzeka na inną rozmowę. Dlatego jednak ja odszedłem od stawki typowo za znaki. Na podstawie tego, co klient chce, oceniam ile mi to zajmie godzin. Później przeliczam na swoje stawki godzinowe i dopiero wtedy podaję mu stawkę. Jeżeli już podaję klientowi stawkę za 1000 znaków to jest ułamek ceny, którą miałem w głowie i podaję ją dla ułatwienia, żeby klientowi było łatwiej zrozumieć, że nie biorę jej z kosmosu. Jeżeli klient jednak nie jest uparty i wie, że współpraca ze mną przyniesie mu jakieś korzyści, to wprost mówię, że nie rozliczam się za znaki bo to powoduje, że teksty są pisane jak w fabryce na taśmie na akord, a nie z nastawieniem na korzyści klienta.

A: Czyli powiedzmy, że przychodzę do Ciebie jako klient i mówię, Panie Pawle, chciałabym mieć tekst na swoją stronę sprzedażową. Przykładowo sprzedaję swoją nową książkę. Proszę mi coś zaproponować. Jak się zabierasz do wyceny takiego zlecenia?

P: W pierwszej kolejności biorę pod uwagę to, ile ogólnie będę musiał w to włożyć pracy, czyli jak trudna jest branża, czego dotyczy ta książka… Widełki cen do zlecenia podaję już na wstępie. Wiadomo, że każda strona sprzedażowa jest inna. Jedna będzie wymagała trochę więcej pracy bo ktoś chce długi tzw. „list sprzedażowy”, bo to się nadal dobrze sprawdza, a ktoś inny będzie wolał landing page’a na 3 akapity tekstu.

A: A więc w zależności od oczekiwań klienta.

P: Tak, dokładnie. Jeśli chodzi o teksty na strony typowo ofertowe, raczej trzymam się jednej stawki, która mnie satysfakcjonuje i wiem, że w tej kwocie będę w stanie dowieść konkretnej wartości. W tej stawce są odchyły: 100-200 złotych, ale ostatecznie, nie ma jakiejś wielkiej różnicy. Chyba, że jest to mała strona firmowa, to wiadomo, że stawka jest mniejsza. Nie każdy przecież wymaga, żeby to było nie wiadomo jak zrobione. W każdym razie już na wstępie mam „widełkowy” cennik. Nieraz jest to jedynie poprawka tekstu, czasem jest to pisanie od podstaw – to też wpływa na wycenę.

A: To teraz powiedz mi, czego trzeba się nauczyć, żeby zarabiać jako zdalny copywriter?

P: Może nie jest to najpopularniejszy pogląd, wśród ludzi, którzy zaczynają w copywritingu lub doradzający początkującym, ale myślę, że copywriter powinien umieć sprzedawać. I to jest takie słowo, którego nie lubimy, bo kojarzy nam się ze wciskaniem, telemarketerami i oklepanymi formułkami. Niemniej jednak gdy wyceniam klientowi tekst na bloga na 800 czy 1000 złotych netto, to klient nie oczekuje, że będzie on będzie długi, ładny dostanie komentarz, ale chce, żeby ten tekst przyniósł mu 10 klientów, dzięki którym to 1000 zł mu się zwróci. A więc przede wszystkim to jest sprzedaż. I to nie chodzi o nachalne wciskanie produktów typu „kup, kup, tutaj mamy super i będziesz szczęśliwy!”, tylko o to, żeby gdzieś w tekście „przemycić” wartość danego produktu i przedstawić firmę w dobrym świetle. Myślę więc, że to jest sprzedaż i działanie na wyobraźnię. Ze spraw typowo technicznych, to polecam poduczenie się co nieco na temat wystąpień publicznych. Może to być zaskakujące – do czego coś takiego przyda się copywriterowi? Jednak w kwestii promowania się w sieci to wszystko idzie w kierunku podcastów, wideo, wszędzie, gdzie ważny jest głos. Zatem jeżeli chcesz się dobrze wypromować jako copywriter, pokazać się z nieco innej strony i wyróżnić się, to warto się pokazać w sieci, chociażby na Instagramie. Nie chodzi o to, by się przerzucać wyłącznie na to, bo da się zaistnieć i bez tego, czego przykładem jest chociażby Maciej Wojtas. Podejrzewam, że klientów mu nie brakuje, bo pisze fajne teksty i dobrze się to czyta, ale powiedzmy sobie szczerze: swoją markę ma już wyrobioną. Gdy ktoś nowy wchodzi na rynek i chce uciec jak najszybciej od tanich tekstów, to musi zaoferować klientowi coś innego.

A: Jakoś wyróżnić się z tej masy.

P: Dokładnie.

A: Wobec tego chciałam Cię zapytać o książki, z których można się nauczyć pisania. Skoro jednak mówisz, że ważna jest tez sprzedaż i parę innych rzeczy, to wobec tego zapytam ogólnie – czy mógłbyś polecić jakieś książki, kursy czy blogi, z których kandydat na zdalnego copywritera mógłby się czegoś nauczyć?

P: Jeśli chodzi o polski rynek, to mamy mało takich książek. Jeśli jednak chodzi o taką typową sprzedaż, to polecam „Biblię copywritingu” Darka Puzyrkiewicza. Krążą różne opinie wokół tej książki ale osobiście uważam, że jest to bardzo fajna pozycja, jeśli chcemy się nauczyć schematów, które działają, i które warto stosować w pracy copywritera. Druga książka, którą mogę polecić to „Magia słów” Joanny Wryczy-Bekier. Tam jest pokazane w fajny sposób jak skracać zdania czy budować ciekawość w czytelnikach. Moim zdaniem to jedna z najlepszych książek na naszym rynku – na każdej stronie ma konkret i nie powiela tego, co było już tysiąc razy na blogach i w artykułach. W kwestii pisania typowych reklam sprawdzą się również „Listy” Gary’ego Halberta – trzeba  byłoby jednak „przesiać” informacje tam zawarte przez polskie sito, ponieważ nie wszystkie informacje tam zawarte będzie odpowiadało polskim realiom. Na tej stronie internetowej można znaleźć listy i oferty Gary’ego Halberta, które pisał on dla swoich klientów i warto je sobie poczytać. Ja te listy swojego czasu tłumaczyłem na polski i przepisywałem. Trzeba jednak pamiętać, że mimo tego, że psychologia klienta pozostaje taka sama wbrew upływowi czasu, to to, co na klienta działa ulega zmianom.

A: Dzięki za te polecenia! Powiedz jeszcze, jaką radę dałbyś komuś, kto chciałby rozpocząć pracę w zawodzie copywritera.

P: Myślę, że najważniejszą radą jest to, aby przynajmniej na początku nie patrzeć wyłącznie na pieniądze. Wiem, że to jest wrażliwy temat i wszyscy chcemy zarabiać, ale jeśli chodzi o moje najlepsze współprace, to pisałem je znacznie taniej. Godziłem się na dużo niższe stawki, żeby ktoś mógł mnie poznać i zobaczyć, że faktycznie potrafię, a potem polecić dalej. A więc pieniądze można zrzucić na boczny tor, ale pamiętajmy, żeby się nie dawać wykorzystywać bo co innego, kiedy my obniżymy wartość stawki za tekst, ale ktoś uzupełni nam to swoim doświadczeniem, a co innego, jeśli ktoś chce nas po prostu wykorzystać.

A: Na koniec, powiedz jeszcze gdzie można Cię spotkać w sieci.

P: Obecnie – na Instagramie: pawel_cisek. Strona pocisnij.pl oraz pocisnijsprzedaz.pl – mój blog. I myślę, że najbardziej wartościowy dla czytelników i słuchaczy będzie blog, ponieważ tam staram się dzielić wiedzą dotyczącą pisania. To jest blog nie tylko dla klientów, ale też dla osób, które chciałyby nabyć trochę wiedzy z marketingu i dowiedzieć się jak te mechanizmy i trybiki pracują „od środka”.

A: Super! W takim razie bardzo Ci dziękuję za rozmowę i podzielenie się wskazówkami, które tak jak mówiłeś wcześniej – może i różnią się od tych najpopularniejszych w tekstach o copywritingu i odczarowują go i uświadamiają, że można na nim zarobić sensowniejsze pieniądze.

P: Również Ci dziękuję – było mi bardzo miło, że mogłem się tutaj pokazać u Ciebie, życzę Ci powodzenia wszystkim i pamiętajcie, że na copywritingu da się zarobić, tylko trzeba to robić mądrze  i nie dać się wykorzystywać.

A: Prawda!

Dzięki za wysłuchanie tej rozmowy do końca! Wszystkie linki i książki, o których mówił Paweł znajdziesz na tosieoplaca.pl. Jest tam zakładka „podcast”, linki do wszystkich odcinków podcastu, a także link do rozmowy z Pawłem wraz z transkrypcją, czyli zapisem całej naszej rozmowy. Dzięki za uwagę i do usłyszenia następnym razem!