Czy opłaca się pozycjonować blog i zabiegać o jak największy ruch z Google na blogu? Czy można mieć bardzo dużo odwiedzających, ale mało czytelników? Do czego przydaje się ruch z wyszukiwarki? Na te i inne pytania odpowiem w tym wpisie.

Po rozmowie z Szymonem Ziembą na temat pozyskiwania odwiedzających blog dostałam wiele komentarzy, kwestionujących jego oglądalność. Nikt go w blogosferze finansowej nie zna, więc jakim cudem może on mieć 120 tysięcy unikalnych użytkowników na blogu? Nie wiem, statystyki wskazują, że tyle ma. Moim zdaniem ma bardzo dużo wejść z wyszukiwarki i to głównie stąd ma tyle ruchu. Nie będę jednak już więcej mówić za niego, powiem za siebie i na swoim przykładzie o tym, jaki jest ruch z wyszukiwarki, jak wyglądają wtedy wykresy i czy to możliwe, żeby mieć dużo odwiedzających, ale nie być popularnym blogerem.

Moje blogi

Słowem wstępu dla tych, którzy nie zaglądają tu regularnie – BiznesoweInfo to tylko jeden z wielu moich projektów. Pierwszym moim blogiem był 2drink.pl. Potem założyłam jeszcze kilka kolejnych blogów-stron, nastawionych na to, żeby zarabiać na AdSense (skutek taki sobie, ale te strony zarabiają mi dziś na różne sposoby). Wszystkie moje strony i blogi łącznie w lipcu zostały odwiedzone ponad 300 tysięcy razy. A był taki okres, że miałam ponad pół miliona wizyt na moich stronach każdego miesiąca.

Case study – blog o dietach z oglądalnością ponad 100 tysięcy użytkowników

W lutym 2012 pomyślałam, że fajnie byłoby mieć blog kulinarny. Założyłam blog pod domeną Zanimzjesz.pl. Początkowo zamysł był taki, żeby były to testy różnych ciekawych produktów spożywczych. Szybko zmieniłam koncepcję i umieszczałam tam przepisy na proste dania. A potem i to mi się znudziło, przez jakiś czas blog leżał odłogiem.

Potem zaczęliśmy z Tomkiem umieszczać na nim testy na temat jedzenia – o zdrowym odżywianiu, ale i o dietach. Te nowe teksty pisane były zgodnie z wszystkimi zasadami SEO, tematów poszukiwałam z Google Keyword Tool (takie narzędzie do sprawdzania, jakie słowa kluczowe cieszą się największą popularnością wśród użytkowników wyszukiwarki). Wybierałam tylko frazy, które miały po kilka tysięcy, czasem kilkanaście tysięcy wyszukań miesięcznie. Diety były przedziwne, ale teksty napisane świetnie (długie, merytorycznie bez zarzutu, przydatne, często komentowane), bo blog szybko zaczął zdobywać ruch z wyszukiwarki. Coraz więcej i więcej, więc zleciliśmy napisanie większej partii tekstów o dietach.

Ruch z Google na blogu – jak to wyglądało u mnie?

Oto jak rosła oglądalność w tym czasie:

zz stat1

 

Nie ma tu żadnej ściemy, to oglądalność miesiąc do miesiąca (grudzień i styczeń). I nie ma też kupionego ruchu (zresztą nigdy nie było, bo to był już wtedy blog tworzony z myślą o AdSense, więc wszystko musiało być na tip top). Nie ma żadnych wykopów lub innych sposobów pozyskiwania ruchu – tylko wzrost organiczny z Google. No i trochę szczęścia, bo blog o dietach w styczniu zawsze będzie notował wzrosty (po świętach i w ramach noworocznych postanowień ludzie chcą się odchudzać).

Oglądalność z kolejnymi miesiącami nadal rosła, aż w najlepszym w historii bloga miesiącu doszła do takiego punktu:

zz stat2

Muszę zaznaczyć jeszcze, że nie pozycjonowałam tego bloga w żaden sposób. Był on dodany do agregatorów blogów kulinarnych (stąd pochodziło na początku dużo ruchu), chciałam go dodać do jakichś katalogów, ale chyba po 10 mi się znudziło, więc uznałam, że zotawię go tak jak jest i pozwolę rosnąć we własnym tempie.

Co było dalej?

Do końca lipca ruch utrzymywał się na poziomie ok. 100 tysięcy wizyt (jakieś 80-90 tysięcy uu) miesięcznie. Potem zaczął systematycznie spadać o kilka procent co miesiąc. Nie wiem do tej pory co było przyczyną spadków – czy zainteresowanie tematyką diet spadło w drugiej połowie roku? Czy może fakt, że wyrosła nam jakaś konkurencja, nie wiem. Dziś ta strona ma 21 tysięcy wizyt (18 tysięcy uu) miesięcznie (dane za lipiec). Obecnie to już na pewno fakt, że nie ma tam nowych treści.

Skąd taki nagły wzrost?

Wzrost zainteresowania tą stroną wynikał wyłącznie z dobrych pozycji w Google. Na wiele popularnych diet, które były wyszukiwane po kilka tysięcy razy miesięcznie, byliśmy na pierwszej pozycji w Google. Dane z uwzględnieniem źródła ruchu wyglądają tak (za marzec 2014):

zz stat3

Zwróć uwagę: 124 tysiące wizyt w ciągu miesiąca, z czego tylko 231 z Facebooka! 10% wizyt to bezpośrednie odwiedziny, 2% to wizyty z agregatora kulinarnego zmiksowani, 1,9% z agregatora Durszlak. Wydaje mi się, że wizyty oznaczone jako RSS także pochodzą z agregatora blogów kulinarnych, ale pewności nie mam.

Zapewniam, bo sprawdziłam na własnym przykładzie, że nie ma w tym żadnych cudów, że blog zyskuje nagle mnóstwo wizyt z Google, a jednocześnie prawie nie ma ich z mediów społecznościowych. I że ma 120 tysięcy wizyt pozyskanych organicznie, a nie kupionych czy w jakiś inny nielegalny sposób sprowadzonych.

Czy można mieć tak duży blog i nie być znanym blogerem?

Wiem, że to wydaje się dziwne – jak to możliwe, że ktoś ma na blogu 120 tysięcy wizyt, a jednocześnie nikt o nim nie słyszał? No cóż, taka uroda wizyt z Google. Na blogu, który opisuję, nigdy nie było nawet mojego nazwiska i imienia, to był blog prowadzony anonimowo. Miał oczywiście fanpage, ale – tu ciekawostka – do dziś jest tam zaledwie 580 fanów. Przez prawie 4 lata i mimo takich wyników, jeśli chodzi o oglądalność 🙂 Ludzie, którzy odwiedzają stronę z Google nie dołączają się do fanpage po prostu.

Zresztą widzę to także na przykładzie bloga BiznesoweInfo. Mam tu jeden post, który ściąga tu miesięcznie z Google jakieś 10 tysięcy osób (15 procent mojego ruchu). Jak myślicie, ile z tych 10 tysięcy co miesiąc zostaje fanami na Facebooku? Wystarczy spojrzeć, ilu jest teraz fanów (2500), żeby poznać odpowiedź. A ilu z nich zapisuje się na newsletter (mam wyskakujące okienko pop-up, które pojawia się przy pierwszej wizycie)? Jakieś 2 osoby dziennie. Tak właśnie wygląda ruch z Google.

Odpowiadając na pytanie z podtytułu – tak, można być nieznanym blogerem i mieć bardzo, bardzo dużą oglądalność. Bo prawda jest taka, że każdy ma „swój” internet i odwiedza inne strony. Blogów jest już tak dużo, że nie sposób ogarnąć wszystkie, nawet wszystkie ze swojej branży. Jeśli ktoś siedzi cicho, nie komentuje u innych, nie chodzi na spotkania blogerów, ale spokojnie sobie pisze teksty i dba o oglądalność z Google, to może być nieznanym blogerem i mieć bardzo duży ruch.

Powiem więcej, odnosząc się jeszcze do mojego bloga o napojach. Duży fanpage o niczym nie świadczy. Ruch na moim blogu 2drink.pl też pochodzi w bardzo dużym stopniu z wyszukiwarek. Za lipiec było to 77%, czyli aż 168 tysięcy wizyt. Przez lata oczywiście i fanpage urósł do ogromnych rozmiarów (ponad 30 tysięcy osób). Ale czy to znaczy, że mam 200 tysięcy czytelników i 30 tysięcy fanów? Nie. Mam 200 tysięcy odwiedzających, ale oni nie są moimi czytelnikami. Przychodzą, oglądają przepis, a potem idą dalej i nie wracają. Albo wracają przed Sylwestrem, po kolejny przepis.

Duży fanpage? Przekonałam się nie raz, że nie wszyscy są na tym fanpage’u dlatego, że czytają mój blog. Czasem wrzucam jakieś zdjęcia, piszę, że przepis na blogu, a ktoś pyta: a na jakim blogu? 🙂

Krótkie wizyty wyglądają podejrzanie?

Jeszcze jedna rzecz, która może zwrócić Twoją uwagę na moich screenach to krótki czas trwania wizyty (niewiele ponad minuta) oraz wysoki współczynnik odrzuceń (ponad 80%). Czy to nie wygląda podejrzanie? Odpowiem po raz kolejny – nie, taki po prostu jest ruch z Google. Ludzie przychodzą, żeby poczytać coś konkretnego, klikają trochę w ciemno, bo zainteresował ich tytuł w wyszukiwarce, ale nie zawsze to, co znajdują, odpowiada ich oczekiwaniom. Czasem odpowiada, ale czytają i znikają, więc tak czy inaczej czas wizyty nie jest długi. Dodatkowo, jeśli czytelnik wejdzie na jedną stronę z Google i nie przejdzie na kolejną, tylko wyjdzie, Google liczy czas jego wizyty jako 0 sekund, niezależnie od tego, jak długo czytał ten jeden tekst. To znacząco obniża średnią długość pobytu na stronie.

Lojalni czytelnicy, którzy przychodzą do nas z Facebooka czy newslettera albo bezpośrednio, często są zainteresowani tym, co mamy do powiedzenia, więc czytają tekst, komentują, czasem odwiedzą jeszcze jakąś podstronę. Te wizyty są zdecydowanie dłuższe (choć pewnie nie zawsze to jest regułą, ale tak u mnie to wygląda).

To po co mi oglądalność z Google?

Ruch z Google, jak widać na moim przykładzie, może być tak średnio potrzebny blogerowi. Bo odwiedzający to czasem przypadkowi ludzie, a nie stali czytelnicy. Ale to nie znaczy, że o ten ruch nie warto zabiegać – wręcz przeciwnie. Pozyskanie wielu wizyt z Google ma swoje zalety:

  • osoba, która trafi na Twój blog kilka razy, w poszukiwaniu różnych rzeczy, w końcu może zostać stałym czytelnikiem, gdy zauważy, że często znajduje tu coś przydatnego (na blogu Biznesoweinfo miałam takie sygnały od czytelników, że trafili na mnie z wyszukiwarki i zostali).
  • im więcej wizyt z wyszukiwarki masz na dotychczasowe teksty tym (mam wrażenie) łatwiej dostać się wysoko z kolejnymi artykułami. Dzięki temu nawet stali czytelnicy, jeśli będą myszkować w Google w poszukiwaniu czegoś, co masz u siebie, trafią właśnie do Ciebie, choć mogli nie wiedzieć, że masz u siebie rozwiązanie ich problemu.
  • ruch z Google świetnie się monetyzuje w AdSense. Stali czytelnicy wiedzą już gdzie masz banery reklamowe i nie klikają w nie, a przypadkowi odwiedzający klikają znacznie chętniej. Przynajmniej takie są moje obserwacje – łatwiej zarobić na AdSense na takiej stronie, która ma dużo wejść z wyszukiwarki. Mój blog kulinarny, w miesiącu najlepszej oglądalności zarobił dla mnie trochę ponad 1500 zł, jedynie z reklam AdSense. Nieźle, prawda?
  • jeśli zależy Ci na tym, żeby na swoim blogu umieszczać reklamy płatne za kliknięcie lub wyświetlenie, to ruch z Google się przydaje. Zresztą nawet jeśli chodzi o współpracę z różnymi firmami się przydaje. Firmy nie zawsze kumają, że jeśli masz 20 tysięcy odwiedzających, ale to są sami czytelnicy, wchodzący głównie bezpośrednio czy z Twoich kanałów w social mediach to jest znaczne lepiej, niż jeśli masz 100 tysięcy, ale to nie są czytelnicy, a głownie odwiedzający z wyszukiwarki. Niestety, cyferki się liczą, a dużo wejść z Google to sposób na to, żeby te cyferki wyglądały lepiej. Jeszcze nie spotkałam się z tym, żeby jakaś firma poprosiła o statystyki z uwzględnieniem źródeł ruchu.

Czy nie lepiej mieć czytelników, a nie odwiedzających z Google?

Stali czytelnicy wiedzą, że bloguję już ponad 5 lat, ale nie od razu zrozumiałam, że jest spora różnica między czytelnikami a odwiedzającymi. Kiedyś myślałam, że skoro na blogu o drinkach mam momentami nawet ponad 200 tysięcy odwiedzających, to przecież jestem popularną blogerką i trochę nawet byłam rozgoryczona faktem, że nie trafiałam do żadnych rankingów. W sumie czytelników też mam przecież dużo – na te 200 tysięcy odwiedzających jakieś 40 tysięcy to wizyty bezpośrednie, więc mogę uznać, że to czytelnicy, którzy mnie znają.

Tylko że z czasem przekonałam się, że liczby z GA niewiele znaczą. Że można mieć 120 tysięcy wizyt (jak ja na moim blogu kulinarnym) i to nie musi znaczyć, że ktoś wie, kim jesteś i że masz w ogóle jakichś czytelników. Masz wizyty na stronie, a to różnica.

Pozyskanie wizyt na stronę nie jest takie trudne, ale budowanie społeczności i pozyskanie czytelników, tych prawdziwych, to jest wielka, wielka sztuka. I dlatego wszystkie rankingi blogerów, czy to ranking wpływowych blogerów Kominka, czy ranking blogerów finansowych, o który tyle ostatnio szumu, czy rankingi publikowane przez portale ogólnopolskie (choć dawno żadnego nie było, czyżby im się znudziło?) tak naprawdę traktuję jako ciekawostkę i okazję do poznania nowych blogów niż wykładnię czegokolwiek.

Bo to, czy ktoś jest naprawdę wpływowy i popularny, można sprawdzić nie słupkami z GA czy nagrodami, ale mówiąc „sprawdzam” do czytelników. Michał Szafrański, sprzedając swoją książkę, a wcześniej kurs i polecając produkty w afiliacji, pokazał, że duża oglądalność idzie u niego w parze z ogromnym zaangażowaniem czytelników. Już przedsprzedaż książki „Finansowy ninja” jest sukcesem (ponad 5000 sprzedanych egzemplarzy w pierwszym miesiącu), a strach pomyśleć co będzie, gdy ci wszyscy kupujący przeczytają książkę i zaczną polecać ją innym 🙂

Youtuberzy, którzy organizują spotkania z widzami i gromadzą na nich setki czy tysiące osób, też mówią „sprawdzam”. Krzysztof Gonciarz, który jako jedyny zebrał w serwisie Patronite dużą kwotę od swoich widzów, też powiedział „sprawdzam”. Jego sukcesu nie powtórzyli inni Youtuberzy, chociaż niektórzy mają więcej subskrybentów na swoich kanałach (jak Rock, choć on akurat organizował swego czasu spotkania fanów z dużym sukcesem). Więcej na temat Patronite poczytaj w tym artykule na Spidersweb.

Wracając jeszcze do rankingów – blogowanie to nie wybory miss. Tu nie chodzi o to, żeby się ścigać z innymi i żeby ktoś był pierwszy, a ktoś drugi, ktoś wygrał, a ktoś przegrał. Co to za różnica, że w jakimś zestawieniu ktoś jest lepszy od kogoś, ktoś ma czegoś więcej, a ktoś inny mniej. Znalezienie się w rankingu jest fajne, może przynieść chwilową popularność, ale jeśli nie masz niczego, co przyciągnie czytelników na dłużej, to i tak ranking Ci w tym nie pomoże.

A wracając do dylematu: czy nie lepiej mieć czytelników, a nie tylko odwiedzających? Odpowiem przekornie: zależy, jaki jest Twój cel.

Jeśli chodzi Ci o zarobek z reklam banerowych, drobnych kwot z afiliacji, to wystarczą odwiedzający. A jeśli masz ambicje, by być wpływowym blogerem albo żeby sprzedawać coś swoim czytelnikom bądź sprzedawać tych czytelników markom, poprzez kampanie na blogu, to może się okazać, że posiadanie nawet bardzo dużej liczby wizyt z Google to za mało.

Zainteresował Cię ten tekst? Udostępnij go dalej, klikając w facebookową ikonkę pod spodem 🙂