W prowadzeniu własnej firmy bardzo lubię to, że ciągle można testować nowe rozwiązania, próbować nowych rzeczy, a jak się nie sprawdzą – wrócić na utarte tory. Kończy się rok, w którym postanowiłam sobie: będę więcej odmawiać i więcej delegować. Czy te decyzje się opłaciły i co można było zrobić lepiej? Poczytaj, może moje wnioski przydadzą Ci się w prowadzeniu działalności.

Odmawianie

Słowem wstępu: musisz wiedzieć, że nie jestem specjalnie asertywną osobą. Gdy ktoś mi coś proponuje, albo jeszcze gorzej: prosi o coś, moją domyślną odpowiedzią jest: TAK. Trudno mi odmawiać i zawsze myślę sobie: a, co mi to szkodzi, przecież mogę komuś pomóc.

Niby nic w tym złego, ale pod koniec zeszłego roku przyszedł taki moment, że zastanowiłam się, co robiłam w ciągu ostatnich miesięcy. I dotarło do mnie, że wzięłam udział w kilku projektach, które zabrały mi czas. I że ten czas mogłam poświęcić na rozwijanie swojej działalności, na napisanie kolejnej lekcji kursu czy przygotowanie podcastu. Zgadzałam się na różne rzeczy, których nie planowałam (bo wymyślił je ktoś inny), a potem brakowało mi czasu na zrobienie tego, co jest dla mnie najważniejsze.

Zresztą to domyślne zgadzanie się bywa niefajne też w życiu prywatnym. Ktoś proponuje Ci imprezę czy wyjście do kina na film, który Cię specjalnie nie interesuje, a potem idziesz i kiepsko się bawisz, zamiast spędzać czas tak, jak lubisz.

No więc powiedziałam sobie: dość tego, Skupieńska. Masz 33 lata (teraz już 34), trzeba zacząć samemu decydować o tym, jak spędzasz czas. Nie musisz zgadzać się na wszystko, nikt się nie obrazi przecież, jak odmówisz.

Zgodnie z nowym postanowieniem w tym roku nie przyjęłam kilku fajnych propozycji, np. wzięcia udziału w konferencji online, wystąpienia w TVN, napisania artykułu do pewnego dodatku do znanej gazety (nawiasem mówiąc, do dziś nie rozumiem, dlaczego ktoś proponuje komuś innemu napisanie specjalistycznego tekstu do drukowanego magazynu i liczy, że druga strona zrobi to za darmo. No heloł, napisanie takiego tekstu to kilka godzin, czasem dzień pracy!).

Czy żałuję? Ani trochę. Przed każdą decyzją przekalkulowałam ewentualne zyski i straty. Jasne, fajnie byłoby zobaczyć swoją gębę w TVN-ie, ale z drugiej strony, jechać dwie godziny w jedną stronę na kilkuminutowe wystąpienie, na program, w którym brać udział będzie jeszcze kilka innych osób, więc ja pewnie powiem dwa zdania – nie, dziękuję. W tym czasie mogę zrobić coś innego, co ma więcej sensu, chociaż mniej punktów lansu 🙂

Odmawianie okazało się nie takie straszne, a dzięki temu, że przyjęłam taką postawę, nie robiłam nic, na co nie miałabym ochoty.

A, i taka mała dygresja: dwóch rzeczy nie odmawiam: tortów i wywiadów. Pod warunkiem, że to wywiady, które można przeprowadzić online 🙂

Jeżeli też masz z tym problem, że za często zgadzasz się na różne rzeczy, a potem orientujesz się, że pochłaniają one dużo czasu i zaczyna Ci go brakować na inne rzeczy – polecam Ci książkę „Esencjalista”. Umieściłam ją wśród ponad 50 książek, które warto przeczytać, gdy pracuje się na swoim i uważam, że to właśnie od niej warto zacząć czytanie pozycji z tej listy.

Delegowanie zadań w firmie

Drugie moje postanowienie na 2018 rok: będę więcej rzeczy delegować. Ciągle wszyscy tak mówią o tym delegowaniu, ciągle gdzieś trafiam na te stwierdzenia, że warto delegować zadania, nie robić wszystkiego samemu. Że nie da się rozwinąć firmy, nie delegując zadań i zajmując się wszystkim osobiście.

Postanowiliśmy w końcu z Tomkiem, że trzeba spróbować. W ciągu całego roku delegowaliśmy sporo różnych zadań wielu różnym osobom.

I wiesz co? Nie do końca jestem zadowolona z efektów. To znaczy efekty pracy tych osób były super, trafiłam na dobrych specjalistów, którzy świetnie wywiązywali się z tego, co im zlecałam, czasem nawet lepiej, niż mogłabym to sobie wyobrazić.

Ale prawda jest taka, że nie czuję, żeby mnie to popchnęło do przodu. Jestem z tych, którzy jak mają mało pracy, to mało robią, a jak mają za dużo, to się zmobilizują, zepną i zrobią to, co najważniejsze, pomijając pierdoły, które mogą zostać niezrobione, bez szkody dla końcowego efektu. To tak jak na studiach: jak do przeczytania na egzamin było 20 książek, to człowiek wiedział, że zdąży i tak się długo zabierał, że ostatecznie nie zdążył przeczytać tych 20. A jak było 80, to było wiadomo, że się wszystkich nie przeczyta, więc wybierałam, które są najważniejsze, tak, żeby każdego autora przeczytać chociaż 1-2, a ostatecznie, żeby znać chociaż połowę lektur.

I z pracą mam tak samo. Jak mam jej dużo, to się mobilizuję, selekcjonuję zadania, robię te najważniejsze, żeby osiągnąć efekt.

Gdy zaczęłam delegować zadania, tej pracy trochę ubyło i czasami czułam, że trudno jest się zebrać, żeby nad czymś solidnie popracować. A dodatkowo, musiałam podzielić się zyskami i zapłacić osobie, która coś dla mnie zrobiła. Dopiero, gdy korzystając z arkusza cash flow (pobierzesz go za darmo tutaj), policzyłam, jak dużo wydałam w całym roku na delegowane zadania i uświadomiłam sobie, jak niewielki wpływ one miały na moje przychody, dotarło do mnie, że coś poszło nie tak 🙂

I nie zrozum mnie źle – ogólnie uważam delegowanie za potrzebne. Są takie rzeczy, które w firmie delegujemy i których nie wyobrażam sobie robić samemu. Dwie najważniejsze to obsługa księgowa (przepisy zmieniają się tak często, że uważam, że oddanie księgowej papierkowej roboty jest warte każdych pieniędzy), a drugie to wysyłka produktów z naszego sklepu (pisałam o tym szczegółowo tutaj). Gdybym miała sama teraz pakować paczki, to ugrzęzłabym i nie wyczołgała się z tej roboty, zwłaszcza w grudniu, kiedy mamy 50-80 zamówień dziennie.

Ale u mnie nie do końca sprawdza się delegowanie drobnych zadań, np. takich, jakie zwykle zleca się wirtualnym asystentkom. Okazuje się, że niektóre z nich łatwiej zrobić samemu, a inne po prostu odpuścić, bez szkody dla biznesu.

Wnioski

W przyszłym roku dalej zamierzam odmawiać i nie przyjmować propozycji, które sprawią, że będę miała mniej czasu na swoje projekty, a wcale nie przyniosą mi dużych korzyści. Odmawianie polecam każdemu – warto spróbować.

Do delegowania będziemy podchodzić w firmie inaczej. Prawdopodobnie raczej będziemy delegować całe duże bloki zadań, tak jak teraz obsługę wysyłek, zamiast zlecać pojedyncze, drobne rzeczy. Im drobniejsze zlecenie, tym więcej musisz się koło tego nachodzić, nasprawdzać i czasem więcej z tego zachodu niż pożytku. Myślę też, że wrócę do mojego starego sposobu, czyli zlecać tylko te zadania, których nie potrafię sama zrobić (np. skład książki, logo). Tak działałam przez kilka poprzednich lat i to sprawdzało się dość dobrze 🙂

Ciekawa jestem, jak to u Was działa, zwłaszcza jeśli chodzi o delegowanie zadań. Delegujecie, liczycie koszty? Opłaca się to, czy nie zawsze? Dajcie znać, czekam na Wasze historie.