Nigdy nie sądziłam, że napiszę wpis, który w jakimś stopniu dotyka tematyki minimalizmu, a jednocześnie będzie związany z zarabianiem pieniędzy.

Na początku kwietnia upolowałam e-book Katarzyny Kędzierskiej „Chcieć mniej” w Woblinku za 14 złotych. Nie przypuszczałam, że lektura tej książki zmieni coś szczególnie mocno w moim życiu, bo przecież czytam blog Katarzyny, czytałam już książki o minimalizmie, więc co może być w tej książce dla mnie nowego?

Poczułam, że ta książka będzie dla mnie ważna, gdy przeczytałam o tym, jak to rzeczy, które gromadzimy, powodują, że wydajemy pieniądze na kolejne rzeczy, żeby przechować te pierwsze… I uświadomiłam sobie, że to o mnie. Nie dalej jak kilka miesięcy temu kupiłam sobie biurko do pracy. Po kilku latach pracy na fotelu potrzebowałam zmiany i biurko było dobrym zakupem. Ale wraz z biurkiem kupiłam jeszcze regał, który obok biurka stoi. Po co mi właściwie ten regał? Otóż stoją na nim teraz:

  • książki, które nie mieściły się na regale z książkami,
  • trochę szpargałów elektronicznych, które nie pomieszczą się już w szufladach z elektroniką
  • gry planszowe, które nie mieściły się w tapczanie
  • segregatory, które nie mieszczą się już nigdzie

I dotarło do mnie sobie, że gdy 3,5 roku temu wprowadziliśmy się do naszego mieszkania, nie mieliśmy kilku komód i jednej sporej szafy, a mimo to wszystko nam się mieściło. Z czasem gromadzi się coraz więcej rzeczy, wykorzystuje się każdą przestrzeń na przechowywanie, ba! nawet zaanektowaliśmy trochę strychu, który w bloku jest częścią wspólną i trzymamy tam swoje graty. Powiedzcie mi, że nie jestem jedynym chomikiem i też tak macie? 🙂

W każdym razie poczułam, że ja dokładnie tak robię, jak opisuje Katarzyna w swojej książce: kupuję przedmioty, nie wyrzucam tych, które nie są już mi potrzebne, tylko przesuwam głębiej do szafek, kupuję następne, a gdy mi się już nie mieszczą, kupuję nowe szafki. Obłęd!

Już wtedy wiedziałam, że coś z tym trzeba zrobić, ale samemu niewiele można, jeśli się nie przekona do zmian swojej drugiej połowy. Podsunęłam książkę „Chcieć mniej” mojemu mężowi. Przeczytał i też doszedł do wniosku, że nie można tak żyć, trzeba zrobić porządki i pozbyć się tego, czego nie używamy.

Jak pozbywaliśmy się starych gratów

Jak zaczynaliśmy przeglądać szafki, myślałam, że mamy do sprzedania stare komputery, może jakiś nieużywany smartfon i jeszcze jakieś gadżety może się znajdą. Efekty przeglądu szafek przeszły nasze najśmielsze oczekiwania. Okazało się, że mamy między innymi:

  • 4 zbędne laptopy (3 nie używaliśmy zupełnie, 1 bardzo sporadycznie)
  • 5 zbędnych komórek (jedna od razu poszła do śmieci, nie nadawała się nawet do sprzedaży)
  • rolki, ochraniacze, deskorolkę, łyżwy, matę do tańczenia, skakankę (zupełnie o niej nie pamiętałam!)
  • cyfrową ramkę do zdjęć
  • kredens kuchenny retro
  • mały aparat cyfrowy
  • uszkodzonego, ale dającego się używać Kindle
  • 2 routery
  • radio samochodowe
  • namiot, materac, lodówkę turystyczną, którą chcemy w tym roku wymienić na nową

I kilka innych rzeczy jeszcze się znalazło. Wystawiliśmy to wszystko na olx, w sumie prawie 50 aukcji! Nigdy bym nie pomyślała, że aż tyle przedmiotów będę mogła bez żalu sprzedać.

Niektóre z tych przedmiotów znalazły nabywców od razu. Bardzo szybko pozbyliśmy się na przykład małego netbooka (za 300 złotych) i laptopa, który był moim poprzednim głównym laptopem (530 złotych). Równie szybko znalazł się chętny na jeden ze smartfonów (150 złotych), rolki z ochraniaczami (120 złotych za komplet). Na niektóre przedmioty znaleźliśmy nabywców dopiero gdy zeszliśmy z ceny (np. Kindle poszedł ostatecznie za 50 zł, lodówka też za 50, tyle samo ktoś dał za sokowirówkę), a większość aukcji jeszcze jest niezakończona.

Mimo to jednak zarobiliśmy na starych gratach już ponad 1700 złotych! To znaczy, że kupiona za 14 złotych książka, która zaszczepiła u nas pomysł na pozbycie się zbędnych rzeczy, zwróciła nam się już 120 razy!

Teraz żałuję, że nie pozbywaliśmy się tych przedmiotów sukcesywnie, gdy były znacznie mniej leciwe, bo pewnie były więcej warte. Nigdy jednak nie miałam nawyku sprzedawania zbędnych rzeczy – albo szukałam kogoś, komu może by się przydały (choć teraz myślę, że czasem oddawanie za darmo komuś z rodziny jakiegoś niepotrzebnego gadżetu może być uszczęśliwianiem go na siłę), albo po prostu zostawiałam te przedmioty w szafce. Drugi raz nie zrobię tego błędu, co oznacza, że prawdopodobnie w drugiej połowie roku rozstanę się np. z jednym z moich mikrofonów do nagrań. I mam mnóstwo książek, które też oddam w dobre ręce, ale to już temat na inny artykuł 🙂

[Aktualizacja] Od chwili, gdy napisałam ten tekst do momentu publikacji minęło kilka dni. W tym czasie nowych właścicieli znalazł między innymi kredens kuchenny, laptop, stary iPhone i materac. Ostatecznie do tej pory odzyskaliśmy już 2000 złotych!