Nie wszystkie pomysły nadają się do realizacji. I nie od razu osiąga się sukcesy. Ja na przykład nie zostałam królem skarpetek, choć próbowałam.

Maj to dla mnie od jakiegoś czasu ważny miesiąc. W maju zaczęłam się spotykać z moim mężem, w maju założyłam pierwszy blog o drinkach, w maju założyliśmy firmę. W tym roku mijają 3 lata, od kiedy działa nasza spółka z o.o., wcześniej przez 2 lata firmę miał mój mąż. Możemy więc powiedzieć, że prowadzimy firmę już od 5 lat (zobacz, dlaczego zdecydowaliśmy się na założenie spółki z o.o.).

Lubię obchodzić różne rocznice i lubię sobie przypominać, jak to było kiedyś, jak było na początku. Dzięki temu można lepiej docenić to, co się ma teraz, to, do czego doszliśmy po tych kilku latach pracy. I dzięki temu można co jakiś czas przypomnieć sobie, że niczego nie osiąga się nagle. Mam taki charakter, że chciałabym do wszystkiego dojść już, szybko. Chciałabym już teraz widzieć u siebie efekt, jaki widzą osoby, które robią coś dłużej niż ja. A tak się nie da, przynajmniej nie zawsze. Musi minąć czas, trzeba nabrać doświadczenia, trzeba wprowadzić zmiany, ulepszyć coś, co teraz nie działa jak powinno.

Ostatnio pytałam Was w ankiecie w newsletterze o to, jak często powinien być wysyłany newsletter (przy okazji, jeśli się jeszcze nie zapisałeś, warto to zrobić, bo w newsletterze będą pojawiać się dodatkowe informacje, ciekawostki, linki i kulisy, których nie ma na blogu. Tu można się zapisać). Ktoś z Was w ostatnim pytaniu (a właściwie w odpowiedzi) napisał, że chciałby być taki poukładany i rzeczowy jak ja. Bardzo mi miło! To poukładanie też przychodzi z czasem, tak samo jak wiedza, co robimy dobrze, w czym jesteśmy nieźli, co można przekuć w biznes. Po studiach nie wiemy jeszcze za wiele o prowadzeniu firmy i o zarabianiu, bo nie uczą tego w szkole, nic więc dziwnego, że pierwsze pomysły na biznes mogą być zupełnie nietrafione.

Opowiem dzisiaj o swoich pierwszych pomysłach, które były trochę albo zupełnie bez sensu 🙂 A co, w końcu nie tylko sukcesami można się chwalić. Każdy z nas ma na swoim koncie porażki.

Moje pomysły na biznes, które nie wypaliły

Sprzedaż skarpetek

Chyba nigdy jeszcze tu o tym nie mówiłam, ale moja przygoda z własnym biznesem zaczęła się jeszcze zanim zostałam freelancerką. Byłam wtedy na studiach, pracowałam w sklepie popołudniami i szukałam pomysłu na biznes, który miałby sens. Ponieważ nie wiedziałam wtedy o biznesie prawie nic (bo i skąd), obserwowałam głównie Allegro i szukałam dla siebie niszy. I znalazłam. Tą niszą były podkolanówki, takie trochę grubsze niż rajstopowe, w różnych kolorach i wzorach. Naprawdę ładne, sama je wcześniej kupowałam, a na Allegro nikt ich nie sprzedawał. Namówiłam wtedy brata, który miał firmę, na „spółkę” – kupiliśmy tych skarpet od hurtownika za jakieś 100 zł, kupiliśmy taką plastikową nogę, która posłużyła do zrobienia zdjęć i wystawiliśmy te skarpetki na Allegro. Nie szło najgorzej, aczkolwiek oczywiście nie miałam wtedy zielonego pojęcia o rozkręcaniu firmy, więc sprzedawałam te skarpetki za tanio. A ponieważ ostatecznie wyszliśmy na niewielki plus, uznaliśmy, że to za dużo zachodu, żeby to ciągnąć przy tak niewielkim zysku.

Gdybym wtedy wiedziała, że na efekty trzeba trochę dłużej poczekać i miała więcej pieniędzy do zainwestowania, może byłabym dzisiaj skarpetkowym potentatem? 😀

Serwis dla piszących e-booki

Do wprowadzenia tego pomysłu w życie nawet się nie zabrałam, ale od razu po studiach chodził mi po głowie. Jak sobie teraz myślę, że to było z 8 lat temu, kiedy Facebook w Polsce dopiero raczkował, to był dość nowatorski pomysł. Myślałam wtedy o tym, żeby stworzyć takie miejsce, do którego osoba, która napisała e-booka mogłaby wysłać swój tekst, a ja i mój zespół (tak, miałam wtedy ambicję, żeby to był duży zespół) zrobimy redakcję i korektę tego e-booka i wystawimy go do sprzedaży. Autor miałby dostać część zysków. Teraz to się nazywa self-publishing, ale daję słowo, że wtedy o czymś takim nie słyszałam.

Serwis w stylu demotywatorów

Kilka lat temu całkiem nieźle szło mi zarabianie na AdSense i szukałam nowych miejsc, w których można w ten sposób zarobić, poza istniejącym już wtedy blogiem o drinkach. Akurat traf chciał, że miałam zlecenie na przygotowanie obrazków do serwisu podobnego do Demotywatorów. Codziennie (czy raz w tygodniu? Nie pamiętam już) przygotowywałam pulę obrazków z napisami, które następnie właściciel serwisu wrzucał sobie na swój serwis z różnych kont.

Pamiętam, że skrypt, na którym można było postawić taki serwis kosztował wtedy na Allegro 100 zł. No więc kupiliśmy taki skrypt, postawiliśmy sobie swój serwis, zaczęliśmy zbierać fanpage (wtedy główny ruch w takich serwisach generowany był z Facebooka). Umieszczaliśmy tam jakieś obrazki, nawet z czasem użytkownicy też umieszczali. Tylko pieniędzy z tego nie było żadnych, bo okazało się, że żeby zarobić na AdSense to musi być jakaś treść na stronie. Gdy są same obrazki, stawka za kliknięcie była żenująco niska.

Moja kariera jako właścicieli nowych Demotywatorów skończyła się więc po kilku miesiącach 🙂

Drink bar na weselach

Ten pomysł trzymał się mnie krótko. Był to ze 4 lata temu, kiedy bardzo wkręciłam się w przygotowywanie drinków i blog drinkowy i szukałam sposobów, żeby zamienić hobby w biznes. Drink bar, który byłby atrakcją weselną wydawał mi się całkiem sensownym pomysłem. Do momentu, kiedy nie poprosiłam o wycenę takiego drink baru u kilku firm. Jak policzyłam, ile można zarobić za godzinę stania na takim weselu, to pomysł od razu poszedł w odstawkę.

Żeby nie było, że ten pomysł był całkiem od czapy, byłam nawet na szkoleniu barmańskim w 2012 roku, oto dowód 😉

Sklep stacjonarny z akcesoriami do drinków

Mocno rozważaliśmy, czy nie iść w tym kierunku. W jakimś stopniu to też jest nisza, bo nie ma w Łodzi sklepu, w którym byłyby tylko akcesoria do drinków i w ogóle do alkoholu, a po statystykach wejść na blog o drinkach widzę, że zainteresowanie drinkami jest duże. Drugą przesłanką było to, że sklep internetowy już i tak działał, przynosił zyski, które wystarczyłyby z pewnością na pokrycie czynszu za lokal i być może też na pensję dla pracownika. Szukałam nawet odpowiednich miejsc na taki sklep w Łodzi, a rozkminianie tego pomysłu zajęło nam kilka miesięcy. Nie zdecydowaliśmy się na sklep stacjonarny, bo nie chcemy przywiązywać się do miejsca. Bardzo lubię w mojej pracy to, że możemy pojechać na miesięczny urlop (już za chwilę śmigamy do Chorwacji), możemy sobie zrobić wolne kiedy chcemy. Posiadanie stacjonarnego sklepu mocno by nasze życie zmieniło.

Ufff to tyle moich porażek i nietrafionych pomysłów. Ciekawa jestem, jakie były Wasze pierwsze pomysły na biznes, nawet te całkiem naiwne i śmieszne, z dzisiejszej perspektywy. Podzielicie się ze mną swoimi wspomnieniami? 🙂

 

<