Jak nakłonić turystów, by zatrzymywali się przy drodze i rzucili okiem na lokalne wyroby? Dlaczego polskie gofry są lepsze niż chorwackie naleśniki? Jak nie robić parku miniatur? O tym i innych wakacyjnych biznesach w dzisiejszym odcinku podkastu.

Inspirujące biznesy #3

Posłuchaj tego odcinka podkastu:

Podkast dostępny też tutaj:

Obejrzyj w YT:

 

Treść odcinka:

Cześć i dzień dobry, z tej strony Agnieszka Skupieńska, a to jest podkast To się opłaca. Jak zwykle przez najbliższe dwadzieścia minut będziemy rozmawiać o tematach, które są bliskie osobom przedsiębiorczym. Dziś trzeci odcinek serii Inspirujące biznesy, a że mamy wakacje, będzie to odcinek bardzo wakacyjny. Opowiem o kilku pomysłach na biznes, które podpatrzyłam podczas podróży do innych krajów, a które można przenieść na polski grunt.

Ostatnie kilka tygodni spędziłam w Chorwacji. Była to już moja druga wizyta w tym kraju i jeśli jeszcze nie byłeś w Chorwacji to gorąco polecam to miejsce jako miejsce wypoczynku. Po pierwsze dlatego, że pogoda jest znacznie lepsza niż w Polsce, jak przystało na kraj położony nieco na południe od nas, po drugie, ceny nie są aż tak wygórowane jak na zachodzie, np. we Włoszech. A jest tam sporo ciekawych miejsc, pięknych plaż i widoków, więc jest co oglądać.

Chorwacji ogród botaniczny „Histria Aromatica”, udostępniony do zwiedzania. Bukiety z lawendy można było kupić w sklepiku.

Przy okazji urlopu w Chorwacji trochę mimochodem rozglądałam się i podpatrywałam, jak w turystycznych miejscowościach kręci się biznes, jakie sposoby na przyciągnięcie klientów mają Chorwaci i jakie pomysły na biznes wykorzystują. Opowiem Ci dzisiaj o kilku z nich, a także o pomysłach z Ukrainy i Węgier.

Pierwszy pomysł, który z pewnością można przenieść na polski grunt to uliczne bary naleśnikowe. Musisz wiedzieć, że w Chorwacji naleśniki są traktowane jako deser, we wszystkich restauracjach i barach znajduje się w karcie wśród deserów właśnie porcja naleśników. Mogą one być podane z orzechami, marmoladą lub czekoladą, niekiedy też znajdziemy w karcie jakąś propozycję szefa kuchni, co na ogół oznacza, że będą to naleśniki z lodami. Nie wiecie tego o mnie, ale jestem absolutnym fanem naleśników i nigdy nie przepuściłabym okazji do zjedzenia słodkiego naleśnika, więc jadłam je w Chorwacji w kilku różnych miejscach. Ale oprócz tego, że naleśniki są podawane jako deser w restauracjach, są także specjalne bary naleśnikowe, w których naleśniki są traktowane jako fast food. Zamawiając naleśnika w barze, dostaniemy go na plastikowym talerzyku, w serwetce, bez sztućców – tak jak tortillę. Cena naleśnika w takim barze jest mniej więcej o połowę niższa niż cena naleśnika w restauracji, gdy kupujemy go jako deser. Niestety jeśli chodzi o smaki tu także nie mamy zbyt wielkiego wyboru, bo możemy zamówić właściwie te same smaki – marmolada, czekolada i orzechy. Swoją drogą nie wiem, co powstrzymuje Chorwatów przed wzbogaceniem oferty i dodawaniem do naleśników np. świeżych owoców, zwłaszcza, że bary naleśnikowe czynne są latem, kiedy można kupić truskawki, maliny, borówki i inne świeże owoce.

Bar naleśnikowy to jest coś, czego w Polsce nie widziałam (choć może już gdzieś w turystycznych miejscowościach takie bary są), a z pewnością udałoby się namówić klientów na naleśnika. Jeśli macie w swoim mieście restaurację Manekin i widzieliście kolejki, które tam się zwykle ustawiają – w Łodzi są ogromne – to wiecie, o czym mówię 😊

Pozostając w temacie jedzenia, sprzedawanego na ulicy i owoców, przypomniało mi się coś, co widziałam zdaje się we Włoszech. Na wielu targowiskach sprzedawane były owoce w kubeczkach, obrane i pokrojone, gotowe do spożycia – np. arbuzy, kokosy, brzoskwinie, kiwi, truskawki. Niby nie jest to nic niezwykłego, w Polsce w turystycznych miejscowościach też coś takiego można spotkać, ale nie widziałam, żeby ktoś sprzedawał w ten sposób owoce właśnie na rynkach, w food truckach, czy bezpośrednio na ulicy. To mógłby być niezły pomysł na biznes np. w dużych miastach w okolicach przystanków, gdzie gromadzi się dużo ludzi, wracających z pracy lub jadących do pracy rano. Kubeczek świeżych owoców wygląda apetycznie, więc myślę, że klienci na taki produkt by się znaleźli. Ciekawą rzecz jeśli chodzi o owoce widziałam także w Rumunii. Jechaliśmy właściwie przez całą szerokość Rumunii kilka lat temu i niestety co jakiś czas trafiał się korek, bo nie wszędzie były kilkupasmowe drogi. Ale miejscowi Rumuni dokładnie wiedzieli, gdzie zwykle jest korek i stawali w tych miejscach z owocami w kubeczkach. Pamiętam, że sprzedawali w ten sposób maliny i jeżyny i zainteresowanie ich towarami było całkiem spore. Tym bardziej, że oni właściwie nie stali przy drodze, tylko szli wzdłuż korka, podchodząc do kolejnych aut i proponując owoce. Tych sprzedawców było kilkunastu w jednym korku, wszyscy mieli spakowane owoce w ten sam sposób, więc przypuszczam, że za całym handlem stał ten sam człowiek czy ta sama firma.

Jeżeli już jesteśmy przy jedzeniu sprzedawanym na ulicy, równie ciekawą rzecz widziałam na Ukrainie. Byliśmy tam tylko kilka dni, w 2012 roku, na finale Euro 2012 w Kijowie. Zatrzymaliśmy się na jednym z kijowskich osiedli, a po mieście przemieszczaliśmy się głównie metrem. I przy wejściach do metra, nie tylko w centrum, ale właśnie także na osiedlach, często stali sprzedawcy z wózkami ze świeżą kawą. Nie pamiętam już jaka była cena tej kawy, ale pamiętam, że zainteresowanie kawą było naprawdę spore od samego rana. Wygląda na to, że kupowali ją ludzie, którzy jechali do pracy metrem, a rano nie zdążyli napić się kawy w domu. Od takiego ulicznego sprzedawcy dostawali kawę w kubeczku papierowym i mogli spokojnie wypić ją w metrze. Nawiasem mówiąc, w Kijowie w wielu miejscach w podobny sposób sprzedawany był kwas chlebowy, który jest dość popularnym napojem na Ukrainie. Też można go było kupić w plastikowych kubeczkach, prosto z wielkiego baniaka.

Wracając do Chorwacji, kolejnym ciekawym pomysłem, o którym chciałabym opowiedzieć, są stoiska z lokalnymi wyrobami przy Kanale Limskim na Istrii. Oczywiście sam pomysł, by otworzyć stoisko z lokalnymi wyrobami, jak miody, wino, grappa, sery itd. nie jest specjalnie oryginalny. Oryginalny był sposób zwabienia klientów, nakłonienia ich, żeby zatrzymali samochód (bo stoiska były zlokalizowane przy drodze) i zainteresowali się towarami, sprzedawanymi w budce. Otóż jak już wspomniałam, stoiska te były ustawione w pobliżu Kanału Limskiego. Jest to kilkukilometrowy kanał, wcinający się w głąb lądu, który wygląda bardzo malowniczo i porównywany jest często z norweskimi fiordami. Oczywiście kanał najlepiej wygląda z lotu ptaka, gdy można zobaczyć jego większy fragment. I ten fakt wykorzystali sprzedawcy lokalnych smakołyków. Ustawili przy drodze w pobliżu kanału kilka punktów widokowych, takich niewysokich platform, na które można było za darmo wejść i podziwiać kanał. Chętnych, żeby się zatrzymać nie brakowało, bo to była właściwie jedyna możliwość, żeby obejrzeć kanał z góry. A gdy już ktoś się zatrzymał, był częstowany domową rakiją czy grappą, sprzedawaną na pobliskim stoisku. Nie wiem, czy właściciele tych punktów czytali jakieś podręczniki marketingu, ale świetnie obmyślili sobie ten sposób pozyskiwania klientów, bo faktycznie wiele osób się przy tych punktach zatrzymywało i dokonywało zakupu.

Kanał Limski, widok z platformy widokowej

Rozgadałam się trochę o jedzeniu, a przecież miałam mówić także o atrakcjach turystycznych, które zasługują na wspomnienie wśród inspirujących biznesów. Jedną z takich atrakcji jest park miniatur. Byliśmy już w kilku tego typu atrakcjach i muszę powiedzieć, że jeśli park miniatur zrobiony jest dobrze, to ogląda się go z dużą przyjemnością, bo można zobaczyć np. miniatury ważnych budynków czy nawet całych miasteczek. W Chorwacji byliśmy w parku miniatur, który nazywał się „Mała Chorwacji”, był położony w okolicach Rovinja i muszę powiedzieć, że była to jedna z najgorszych atrakcji, jakie widziałam. Przede wszystkim dlatego, że było to miejsce zaniedbane, niesprzątane, budynki były trochę odrapane, wszędzie było pełno liści, coś tam się wywróciło, coś odpadło itd. Ale sam pomysł na parki miniatur jest świetny, bo nie wymaga posiadania dużego terenu – chorwacki park był położony na terenie o wielkości przeciętnej działki letniskowej. Gdyby o niego trochę zadbać, mógłby być naprawdę ciekawą atrakcją.

Zaniedbany park miniatur

Drugi pomysł na turystyczną atrakcję, która nie wymaga wiele miejsca, to ciekawe muzeum tematyczne. Na Węgrzech, w miejscowości Szeged jest muzeum salami i papryki. Jest ono na terenie zakładów Pick, które są najstarszą węgierską marką, produkującą salami. Całe muzeum składa się z dwóch niedużych salek i – co ciekawe – otwarte jest jakieś 3 godziny dziennie, o ile dobrze pamiętam między 13 a 16. Przypuszczam, że nie mają zatrudnionego osobnego pracownika do obsługi muzeum, tylko pani, która sprzedaje bilety, do południa pracuje w samej fabryce Picka. Ale muszę powiedzieć, że jak na takie małe muzeum, to całkiem ciekawe miejsce. Sam proces powstawania salami został przedstawiony z użyciem naturalnej wielkości figur woskowych, które ilustrują kolejne etapy przygotowania salami. Jest oczywiście też sporo do czytania, jakieś zdjęcia z początków fabryki itd., ale na pochwałę zasługuje fakt, że przy zakupie biletów pani z obsługi pyta o język i wręcza Ci krótki przewodnik w Twoim języku. Na dobrą sprawę nie wiem, dlaczego w dużych muzeach w wielu krajach przewodniki są tylko w kilku najpopularniejszych językach, a nie w kilkudziesięciu. Przecież to maksymalnie kilka stron tekstu, które trzeba przetłumaczyć i wydrukować. W dzisiejszych czasach, gdy ludzie dzielą się w internecie, np. na Trip Advisorze informacjami o atrakcjach, rozdawanie przewodników w każdym języku (np. w każdym europejskim, gdy mówimy o muzeum w Europie), może dać sporo pozytywnych opinii.

Muzeum salami w Szegedzie

A wspominam o muzeum salami dlatego, że uważam, że do otwarcia muzeum nie trzeba mieć wielkiej sali i zabytków, eksponatów sprzed wieków. Dużo ważniejszy jest pomysł na muzeum – w Amsterdamie widziałam rewelacyjne muzeum likierów Bols, także niezbyt duże, w Budapeszcie muzeum automatów do gier, tzw. flipperów, w którym można było siedzieć godzinami i grać na wszystkich urządzeniach, a w Karpaczu jest sympatyczne muzeum zabawek, a w Toruniu rewelacyjne Żywe Muzeum Piernika. Każde z tych miejsc przyciąga turystów, a jeśli jest dobrze zrobione, to zbiera pozytywne opinie w sieci i dzięki temu przyciąga kolejnych.

W Muzeum Bolsa było dużo zapachów i smaków 😉

Powoli zbliżamy się do końca dzisiejszego odcinka. Dodam tylko, że na stronie tosieopłaca.pl w notatkach do tego odcinka podkastu znajdziecie kilka moich zdjęć, m.in. Kanału Limskiego z punktu obserwacyjnego przy drodze (bo oczywiście sama też uległam pokusie i zatrzymałam się przy takim punkcie), a także kilku muzeów, które nie tylko warto odwiedzić, ale może też przyjrzeć się temu, jak działają i jak są zorganizowane. Biznesy, związane z turystyką, być może i są sezonowe, bo najlepiej działają podczas wakacji, ale za to są trochę jak biznesy ślubne. Na ślubie się z reguły nie oszczędza i podczas wakacji też chętniej wydajemy pieniądze, niż w czasie całego roku pracy, więc właściciele tego typu biznesów zawsze dyktują dość wysokie ceny swoich produktów.

Dziękuję za uwagę i wysłuchanie tego odcinka. Po więcej zapraszam na stronę tosięopłaca.pl/podcast, a skontaktować się ze mną można pod adresem aga@tosięopłaca.pl. Do usłyszenia następnym razem!