Ludzie, których spotykam, często zadają mi pytanie: czy nie nudzi Ci się taka praca w domu? Nie nudzi. Przeczytaj, jak wygląda mój dzień, to zrozumiesz, dlaczego 🙂

5.30. Otwieram jedno oko, pies kręci się po mieszkaniu, Tomek już pracuje. Spoglądam na zegarek i przewracam się na drugi bok 🙂

6.30. Otwieram oczy już na dobre, jakieś 30 sekund przekonuję samą siebie, że sprawdzanie poczty w telefonie zaraz po obudzeniu to pracoholizm, ale potem kapituluję i sprawdzam. W nocy były 2 nowe zamówienia na akcesoria barmańskie z mojego sklepu, trzeba będzie wysłać paczki.

6.40. Na śniadanie od 2 lat jem owsiankę. Potem prysznic i koło 7.30 jestem gotowa do pracy.

7.30. Pracę zaczynam od sprawdzenia poczty. Usuwam śmieci, odpisuję na to, co zajmuje tylko chwilę, sprawdzam, czy coś dzieje się na Facebooku, czytam komentarze na blogu.

przed 8 zabieram się za najtrudniejsze zlecenie z tego dnia. Piszę tekst dla klienta z branży finansowej. Jakieś półtorej godziny główkowania, ale w końcu jest.

W międzyczasie Kinga, która robi skład książki „Zostań freelancerem„, przesyła mi projekt kilku stron na próbę. Książka w środku jest świetna, dokładnie taka, jaką chciałam! W skrzynce mailowej jest jeszcze pytanie o współpracę od jednego sklepu internetowego i mail od osoby, która chciałaby zapisać się na mój kurs „Zacznij zarabiać na pisaniu”, ale nie zdążyła zrobić tego w terminie.

11. – pora na drugie śniadanie. Próbuję ustalić z Tomkiem plan na resztę dnia, ale dzwoni telefon. Stały klient pyta, czy napiszę mu na szybko aktualizację na stronę, bo wprowadza nowy produkt do oferty. Drugi telefon jest od klientki, która kupiła coś w moim sklepie z akcesoriami do drinków i pyta, jak szybko mogę wysłać towar. Zamówiła coś w prezencie dla męża na rocznicę ślubu i zależy jej na czasie 🙂

Po śniadaniu sprawdzam, co tam nowego na koncie – o 11 jest księgowanie przychodzących przelewów, więc mogę sprawdzić, kto opłacił zamówienia z wczoraj.

11.30. Zabieram się za drugi duży tekst dzisiaj. Tym razem tematyka związana z zarabianiem przez internet, więc jestem jak ryba w wodzie i idzie szybciej.

Przychodzi mail od znajomego blogera, który prosi o kilka zdań wypowiedzi do swojego artykułu. Odpowiadam od razu, bo potem zapomnę, a to przecież chwila.

12.40. Zlecenia dla klientów mam już z głowy, więc piszę jeszcze coś na blog, a raczej poprawiam szkic, który przygotowałam wcześniej. Artykuł jest gotowy do opublikowania po kilkudziesięciu minutach. Jeszcze tylko wysłać newsletter, wrzucić publikację na FB i ten temat mam zamknięty.

Na liście zadań na dziś mam jeszcze paczki do wysłania. Ale w międzyczasie wpada kolejne pytanie o wycenę, więc odkładam pakowanie paczek i zajmuję się klientem. O 14 wracam do paczek.

Pakuję, nadaję przez internet do paczkomatu i przez e-nadawcę nadaję te, które idą pocztą. Wychodzę na pocztę, oddaje paczki pani w okienku bez stania w kolejce i czuję, jak wszyscy kolejkowicze patrzą na mnie wilkiem. Niech żyje umowa z Pocztą Polską!

14.40. Przed wstawieniem obiadu patrzę jeszcze co na mailach. Przyszły odpowiedzi na moje pytania do kolejnego artykułu dla klienta – świetnie, będę mogła się nim zająć szybciej, niż planowałam. Inny klient zaakceptował teksty i prosi o fakturę, więc wystawiam fakturę. Przychodzi też faktura proforma do zamówienia shakerów i akcesoriów, o którą prosiłam wczoraj, więc opłacam zamówienie.

przed 15 gotuję obiad. W tygodniu rzadko mam czas i ochotę na coś wymyślnego, przeważnie to jakiś prosty makaron lub mięso z surówką. Na deser czasem jeszcze jakaś dobra kawa na zimno lub mega shake – jeśli to nowy przepis, którego nie mam jeszcze na blogu drinkowym, staram się szybko ustawić jakieś tło i zrobić zdjęcia przed wypiciem. Ostatnio robię to coraz rzadziej, ale zdarza się 🙂

15.30. Czas dla psa. Ale nie ma lekko, z psem jedziemy do parku, jeśli nie ma upału, a po drodze trzeba jeszcze zahaczyć o paczkomat.

16.30. Po spacerze jeszcze raz kontroluję pocztę. Przyszły jakieś drobne uwagi do starego zlecenia, więc wprowadzam je szybko. Wpadło też nowe zlecenie od stałego klienta, więc zapisuję je sobie w arkuszu zleceń do wykonania. Sprawdzam jeszcze komentarze na Facebooku i blogu. Dochodzę do wniosku, że nic już więcej sensownego dziś nie zrobię, więc odpuszczam już pracę i szukam sobie zajęcia na popołudnie. Tym razem pada na książkę „Czterogodzinny tydzień pracy”… Oj, przydałby mi się 🙂

PS A jeśli chcesz poczytać, jak pracują inni freelancerzy, zajrzyj do Gosi Zimniak i przeczytaj o jej dniu z życia 🙂