Decyzja o tym, co robić po maturze była jedną z najtrudniejszych w moim życiu. I podjęłam wtedy złą decyzję.

Inspiracją do napisania tego tekstu była akcja #CoPoMaturze, zainicjowana przez Dagmarę z bloga Socjopatka.pl i Anię z bloga BlueKangaroo. Przeczytaj więcej o akcji tutaj.

Maturę zdawałam w 2003 roku. Była to oczywiście jeszcze stara matura, czyli zdawało się z dwóch wybranych przedmiotów i języka (z przedmiotów ustnie i pisemnie, z języka tylko ustnie). Potem były egzaminy na studia – a warto dodać, że w Łodzi nie można było złożyć papierów np. na kilka kierunków na ten sam wydział (np. na filologię polską i kulturoznawstwo), bo egzamin był w tym samym czasie i można było pojawić się tylko na jednym. To oznaczało, że sporo z nas, maturzystów, musiało postawić wtedy na jednego konia.

Nie muszę chyba dodawać, że jak większość 18-latków nie miałam pojęcia, co będę robić w przyszłości i nie wiedziałam, na jakie studia iść. Myślałam o dziennikarstwie, ale szybko porzuciłam ten pomysł, bo nie było w Łodzi dziennikarstwa.

Myślałam też kiedyś o prawie. Wiecie, oglądałam filmy w stylu „Ludzi honoru” i wydawało mi się, że prawnik to będzie świetny zawód.

Ale zorientowałam się, że może i świetny, ale na pewno nie dla mnie. Jestem raczej nieśmiałą osobą i trudno mi by było odnaleźć się na sali sądowej. Nie mówiąc o tym, że trzeba by było zdawać egzaminy z historii i WOS-u na to prawo, a WOS to raczej nie była moja mocna strona. Prawo odpadało.

Była jeszcze jedna szansa: politechnika. Chodziłam do jednego z najlepszych liceów w Łodzi (III LO) i jeśli zdawało się maturę chyba z biologii albo z chemii, można było iść na politechnikę bez egzaminów (nie wiem czy na wszystkie kierunki, ale na niektóre na pewno). Ale nie kręciły mnie takie studia, więc nie brałam tego pod uwagę.

Padło – o zgrozo – na kulturoznawstwo. Nie wiem, co mnie podkusiło, naprawdę. Dlaczego nie poszłam na filologię polską, skoro brałam udział w olimpiadzie z polskiego, pisałam chyba najlepsze wypracowania w klasie, a matury ustnej nie musiałam zdawać, bo pisemną bez trudu zdałam na piątkę? NIE MAM POJĘCIA.

Wymyśliłam sobie to kulturoznawstwo i nawet zapisałam się na jakieś dodatkowe zajęcia w domu kultury. Uczyliśmy się tam o Teatrze Kantora i czytaliśmy Becketta i właściwie nic więcej z tych zajęć nie pamiętam. Zdobyłam skądś jakieś materiały, testy z poprzednich lat z kulturoznawstwa (bo był test i egzamin ustny) i się uczyłam.

Uczyłam się kto nakręcił jaki film, kto w czym grał, co to była Nowa Fala, co nakręcił Kieślowski a co Wajda. Serio, nie oglądałam żadnego z tych ważnych filmów, nie interesowałam się tak naprawdę ani filmem, ani teatrem, ani inną sztuką (czytałam tylko książki, ale to nie to samo, co interesować się literaturą) i wkuwałam na pamięć nazwiska, żeby dostać się na te studia.

Efekt nietrudno przewidzieć. Moja rozmowa kwalifikacyjna była klapą, a ja pierwszy raz w życiu poczułam, że jestem naprawdę nie na miejscu.

I było mi zwyczajnie wstyd, bo wiecie – ja zawsze byłam bardzo dobrą uczennicą. W podstawówce czerwone paski na świadectwach, w liceum średnia zawsze powyżej 4. A tu nagle prawie nic nie umiem.

I było mi wstyd też dlatego, że z mojej klasy w liceum chyba ze dwie osoby (z 36) nie dostały się na studia. Dwie – w tym ja. Wyobrażacie sobie, jak się czułam, gdy spotykałam się ze znajomymi ze szkoły i wszyscy byli już studentami?

Planu awaryjnego nie miałam. Bo można było złożyć potem papiery na jakieś kierunki, na które zostały wolne miejsca, ale nic nie znalazłam tam dla siebie.

I co dalej?

Wiedziałam, że za rok spróbuję znowu. Jakoś nie wyobrażałam sobie, że mogłabym nie iść na studia. Na zaoczne lub wieczorowe nie było mnie stać. Zresztą chyba nie było nawet kulturoznawstwa zaocznego – i całe szczęście, bo jeszcze bym wzięła kredyt i to by dopiero była porażka 🙂 No więc musiałam zapełnić jakoś ten rok (wśród wiodących talentów z testu Gallupa mam uczenie się, więc sami rozumiecie ;)).

Poszłam do szkoły policealnej. Takiej zaocznej, po której dostawało się tytuł technika. Kierunek: technik informatyk 🙂 Tak, tak, serio mówię: uczyłam się informatyki. I w tej szkole też nie do końca czułam się na miejscu. W grupie miałam 75% facetów (to akurat było fajne), a wśród dziewczyn dwie młode mamy i właściwie prawie nikogo w moim wieku! A wiecie, 18-latka ma trochę inne problemy i zainteresowania niż mama kilkuletnich bliźniaczek czy mama niemowlaka. No i było w mojej grupie też trochę olewusów, którzy zapisali się tylko po to, żeby nie dostać powołania do wojska. I w tym ja, prymuska.

Ale te dwa lata szkoły policealnej to był naprawdę fajny czas, serio. Po kilku tygodniach okazało się, że z niektórymi kolegami całkiem nieźle się dogaduję (i właściwie trzymałam się z nimi, nie z dziewczynami). Zdarzało nam się wspólnie wyskakiwać na imprezy czy na piwko, pomagaliśmy sobie w zaliczaniu egzaminów, to była naprawdę świetna grupa. W szkole policealnej miałam pierwsze poważne zetknięcie z pracą (miesięczne praktyki w serwisie komputerowym i umiejętność składania komputera stacjonarnego, która dziś nie przydałaby mi się kompletnie do niczego). No i przeczekałam rok.

Jeden z moich kolegów z tej szkoły jakoś wiosną miał rozłożone na ławce materiały do przygotowań na studia. Zapytałam go czego się uczy i na jakie studia zdaje. Powiedział: na polonistykę.

I w mojej głowie zakiełkowała myśl: no dobra, może to nie jest zły pomysł?

Bo wiecie, ja zawsze myślałam, że po polonistyce można być tylko nauczycielką, a nie bardzo mi się to uśmiechało.

Ale postanowiłam spróbować. Razem z Michałem poszliśmy na egzaminy (od razu mnie to podniosło na duchu, że nie tylko ja zdaję z rocznym opóźnieniem) i oboje się dostaliśmy na polonistykę.

Dzisiaj muszę powiedzieć, że najważniejsza rzecz, jaką wyniosłam z 5-letnich studiów magisterskich na polonistyce to znajomości. Świetna paczka dziewczyn, z którymi nadal regularnie się spotykam, mimo że od naszej obrony minęło już 9 lat. Dzięki jednej z nich poznałam mojego męża.

A szkołę policealną też skończyłam (co wiązało się z tym, że na pierwszym roku polonistyki od poniedziałku do piątku chodziłam na zajęcia na studiach, a w co drugi weekend – na zjazdy). A więc teraz jestem technikiem informatykiem i polonistką. Kto wiem, może dzięki tej informatyce było mi łatwiej odnaleźć się w pracy zdalnej, przez internet?

Co po maturze?

Na zakończenie tego przydługiego wpisu dwa zdania podsumowania. Jeśli jesteś maturzystą i czytasz to po maturze – nie martw się, że coś może nie pójść tak, jak sobie wymarzyłeś. Naprawdę, jeśli nie dostaniesz się na studia, są jeszcze inne wyjścia, a rok mija naprawdę szybko i można próbować ponownie w kolejnym roku.

Zresztą ten rok przerwy nie jest taki zły, bo można solidnie odpocząć od nauki, zdobyć trochę innego doświadczenia (np. w pracy) i na spokojnie zastanowić się, co ja tak naprawdę chcę w życiu robić.

A studia są fajne, ale czasem bywa i tak, że wiedza, którą tam zdobywasz, w życiu mało się przydaje. Moje studia dziś nie przydają mi się właściwie do niczego. Wszystko, co robię i co jest mi potrzebne w pracy (a prowadzę własną firmę, sprzedaję swoje produkty, mam sklep internetowy, wcześniej przez lata pisałam teksty dla klientów) – wszystkiego tego musiałam nauczyć się sama, już po studiach. I przez te wszystkie lata po maturze, dopóki nie weszłam naprawdę na rynek pracy, nie miałam pojęcia, co będę w życiu robić.

I jeszcze jedno – nie ma takiej decyzji, której nie dałoby się zmienić. Nawet jeśli dzisiaj źle wybierzesz kierunek studiów, zawsze możesz próbować za rok i iść na inne studia. Świat się nie zawali, a przynajmniej nie powinien 🙂